czwartek, 20 maja 2021

Od Retrysa CD Michelle

    Łóżko skrzypnęło po raz ostatni, gdy oboje padli ciężko na pościel. Oddychali szybko i głośno, zwłaszcza Retrys, który to zdawał się zakłócać własne myśli. Dopiero teraz zaczął pojmować to co się stało. Wszystkie te emocje, strach, ulga, radość, podniecenie, nawet ból doszczętnie splądrowały mu umysł. Nie był w stanie przypomnieć szczegółów. Doskonale zdawał sobie sprawę, że właśnie uprawiali seks. Nie potrafił jednak ułożyć w głowie planu wydarzeń. Doszukał się jedynie kilku obrazów, krótkich scenek: para wydobywająca się z czajnika, lekko drżąca warga Michelle, jej plecy w korytarzu, ubrania na podłodze, nagie piersi, przyjemność i sufit w który wpatrywał się od kilku długich sekund.

czwartek, 15 kwietnia 2021

Od Michelle CD. Retrysa

 [Jeśli ktokolwiek zamierza to czytać, to niech czuje się ostrzeżony, że opowiadanie później nabiera treści erotycznych.]
Kolejne kilka godzin w pamięci Michelle zlewało się w jedną wielką ciemną masę. Musiała się mocno wysilić, by rozdzielić jedno wydarzenie od drugiego, a i tak wspomnienia te nie były tak wyraźne, jak by tego chciała.
A może tak właśnie powinno być? Może tak jej umysł radził sobie z, bądź co bądź, dość nieprzyjemnymi i stresującymi wydarzeniami? Może to była jakaś trauma, pewnie niekoniecznie duża, ale jednak istniejąca.
Cholera, nie znała się na psychologii.
Gdy tak teraz nad tym myślała, nie była do końca pewna, jak udało im się uciec. Pamiętała, jak tamta pieprzona kupa mięśni biła Retrysa  jego własnym pistoletem. W pewnym momencie już nie wytrzymała i wykrzyknęła coś, za co wymierzony jej został policzek. Drwiono też z niej. Z nich.
„Żal ci tego próchna? Czyżby tatuś?”
Widziała, jak Retrys krzesłem uderza przeciwnika w głowę, skutecznie go ogłuszając. A może zabijając? Czy w ten sposób dało się kogoś zabić? Nie wiedziała i podejrzewała, że gdyby miała pewność, że jeden z Bestii już gryzł piach, nie byłoby jej szczególnie go żal. Nie po tym, co zrobił Ursusowi.
Potem rozpętało się prawdziwe piekło. Calaney uderzył obu członków wrogiego gangu, podczas gdy ona walczyła z oplatającymi ją więzami, co szybko okazało się być walką z wiatrakami. Znowu mogła jednak liczyć na względne opanowanie i siłę fizyczną swojego partnera — Retrys wyłamał szczeble drewnianego krzesła. Gdyby okoliczności były inne, pewnie byłaby pod dużym wrażeniem wyczynu mężczyzny. Wtedy myślała jednak tylko o jednym: musieli uciekać.
Słyszała wystrzały. Myślała, że żaden z nich ich nie dosięgnął. Spadli z jakiegoś pagórka, lecz udało jej się zatrzymać ich pęd. Potem zobaczyła to, co chyba teraz pamiętała najwyraźniej: szkarłatnoczerwoną plamę rosnącą na trawie. Krew.
Straciła głowę. No cóż, biorąc pod uwagę okoliczności, miała szczęście, że tylko w przenośni.
Zaczęła panikować. Nie kontrolowała już nic: słów wypływających z jej ust, szybkości i rytmu swojego oddechu, tego, że zaczęło jej ciemnieć przed oczami. Chyba miała łzy w oczach, może nawet i udało im się popłynąć, sama nie była tego pewna.
Jakimś cudem Retrysowi udało się ją uspokoić, mniej lub bardziej.
Niedługo później siedzieli już w samochodzie, a Michelle walczyła z mdłościami. Nie była pewna, czy to efekt jedynie jej choroby lokomocyjnej, czy też jej organizm domagał się prawa do fizycznego odreagowania wszystkiego, co miała już za sobą. Tak czy siak, do siedziby gangu na szczęście dojechała, nie pożegnawszy się z zawartością swojego żołądka.
„Doktorek”, starszy już mężczyzna z długą siwą brodą, stanowiący zaskakującą mieszankę harleyowca i Świętego Mikołaja, zajął się wszystkimi obrażeniami Retrysa, szczególną uwagą obdarowując ranę postrzałową. Partnerka barmana oczywiście wolałaby, żeby zajął się nim prawdziwy lekarz, lecz nie miała pojęcia, jak mieliby wytłumaczyć w szpitalu najprawdziwszą ranę postrzałową.
W tym czasie Blaidd, nie chcąc być tego świadkiem, odbywała rozmowę z Jokerem.
Znowu wylądowali w samochodzie. Kobieta podała kierowcy swój adres. Retrys, być może nieco otępiały po otrzymaniu pokaźnej dawki leków przeciwbólowych, nie protestował.

wtorek, 23 marca 2021

Od Retrysa CD Michelle

    Po chwili mroczki zaczęły ustępować, przypominając na chwilę pozbawionemu świadomości Retrysowi o sytuacji, w której się znalazł. Wiedział, że szedł cały ten czas szarpany przez ogromnego napastnika, nie wiedział natomiast kiedy znalazł się w pogrążonym w półmroku pomieszczeniu.     Rozejrzał się mętnym wzrokiem po jego wnętrzu, szarych betonowych ścianach pozbawionych okien, gołej ziemi, jednej jedynej lampie wiszącej z sufitu oświetlającą nieprzyjemnym żółtym światłem stolik i kilka krzeseł. Cała ta sceneria przypominała barmanowi scenografię filmu grozy niż coś realnego. 
    Krzesło zajęczało pod jego ciężarem, gdy ten został pchnięty na mebel. Dopiero po chwili odzyskał jasność umysłu faktycznie rozumiejąc co się dzieje. Niespodziewanie jego ciało przeszył dreszcz, głęboki niepokój, strach. Najzwyczajniej w świecie, po ludzku, zaczął obawiać się o swoje życie i zdrowie. Nie miał pewności skąd wziął się ten mężczyzna, czego chciał i czy na pewno był jakoś powiązany z dłużniczką, choć wszystko na to wskazywało. 
    Czując jak gruby sznur oplata mu nadgarstki miał tylko nadzieję, że Michelle była bezpieczna, że udało jej się uciec. Wciąż był zły i rozżalony, ale w tamtym momencie wszystkie złe emocje popadały w niepamięć, liczyło się wyłącznie jej bezpieczeństwo, które dawały mu także nadzieję, że gang go odbije. Nie minęła chwila, gdy skrzypiące drzwi uchyliły się, do środka, o zgrozo, weszła właśnie Michelle. 
    Nie, nie, nie, nie… — zajęczał w duchu czując jak żołądek podjeżdża mu do samego gardła. Stłumiony grymas wzmagającego się z każdą chwilą strachu i lęku o bezpieczeństwo ukochanej kobiety boleśnie naciągnęło skórę na opuchniętej już twarzy mężczyzny. Gdyby kazano ubrać mu w słowa to co czuł widząc lufę glocka wycelowaną między łopatki kobiety, zwyczajnie nie powiedziałby nic.     Intensywności targającymi nim emocji nie dało się wyrazić w żadnym znanym ludzkości języku, Byłby znacznie spokojniejszy wiedząc, że ta ukrywa się, że jest bezpieczna, ale nie była, co zaprzątało mu umysł. Z trudem pozostawał spokojny wiedząc, że tylko to może jakkolwiek ją ochronić. Zdobył się jedynie na jeden dziecięco zlęknione i błag spojrzenie w równie wystraszone oczy Blaidd.

środa, 17 marca 2021

Od Michelle CD. Retrysa

Melodyjka, dzwonek telefonu, była zdecydowanie zbyt wesoła, zwłaszcza jak na grobowy nastrój, który od poprzedniego wieczoru panował w mieszkaniu panny Hobart. Brutalnie przecięła ciszę, która, choć w żaden sposób nie była komfortowa, dawała kobiecie jakikolwiek spokój. Wywróciła oczami i sięgnęła po komórkę. Odepchnęła w głąb umysłu głupią myśl, że to może dzwonić on.
Nie wiedziała, czy świadomość tego, że miała rację, bardziej ją złościła, czy smuciła.
— Do mnie — warknął głos po drugiej stronie linii, nie czekając nawet na chociażby jakieś „halo” z jej strony, świadczące o tym, że rzeczywiście go słucha. Od razu po tym się rozłączył.
— Joker, jak zawsze czarujący — prychnęła sama do siebie, delikatnie odpychając od siebie Oriona, który do tej pory w najlepsze spał sobie u jej stóp.
Pies jedynie posłał jej rozkojarzone spojrzenie, ziewnął, zmienił pozycję o kilka milimetrów i wrócił do krainy sennych marzeń. Jego właścicielka nie miała jednak czasu nawet na to, by ziewnąć. Musiała się spieszyć. Przywódca gangu nie tolerował spóźnień i nic nie wskórało się u niego tłumaczeniem, że tak naprawdę nigdy nie umawiał się ze swoimi podwładnymi na konkretną godzinę.
Wyglądała tragicznie. Miała na sobie jedynie bieliznę i luźną podkoszulkę — jego podkoszulkę, jak po chwili spostrzegła — czyli to, w czym zamierzała położyć się do łóżka. Makijaż zmyła z twarzy już dawno temu, a włosy związane były w luźnego koka, który może i był praktyczny, ale na pewno nie elegancki.
Musiała wyglądać jak najlepiej. On mógł tam być, czy to stojąc za barem, czy przebywając akurat w siedzibie gangu. Ba, istniało pewne prawdopodobieństwo, że przy tym nowym zadaniu mieli znowu współpracować. Choć narobili trochę zamieszania, ostatnim razem poszło im przecież naprawdę dobrze.
Chyba jeszcze nigdy w życiu aż tak szybko nie rzuciła się w kierunku szafy i, później, drzwi od łazienki. Mogła być nieco spóźniona, ale na pewno musiała wyglądać tak, by Retrys od razu pożałował swojego idiotycznego zachowania.

środa, 10 lutego 2021

Od Retrysa CD Michelle

    Zapadła głęboka cisza, której jedyną racją bytu zdawał się być fakt, że słowa Michelle odbiły się od świadomości barmana. Przez ułamek sekundy był o krok przed wyjawieniem jej wszystkich swoich motywacji, spełniania jej prośby, zrzucenia z siebie tej gryzącej niepewności. Zapewne by to zrobił gdyby tylko był tylko w stanie wyrazić to jednym słowem, gdyby wstyd, a może nawet duma nie trzymały jego języka na uwięzi, by ten przypadkiem nie odsłonił swojej nieporadności i obaw. Najpewniej jeszcze tego wieczora siedzieliby razem na kanapie, oglądając film z kubkiem herbaty w ręku, komentując zawiłości fabularne czy ignorując ekran Retrys z większą dozą współczucia i zrozumienia wysłuchał szczegółów draśniętej ledwie historii o napastliwej uczennicy. Rzeczywistość jednak była z goła inna. Jedynym dźwiękiem przebijającym się przez zaległą ciszę był nieco nerwowy oddech kobiety. Calaney stał jednak jak słup wsłuchany w odbijające się echem w jej głowie „wyjdź”, oczami duszy widział wystrzelony w stronę drzwi palec, choć w rzeczywistości wszystkie one kurczowo przylegały go kudłatej sylwetki Oriona.
    To właśnie to jedno słowo, rozkaz wypowiedziany w tak stanowczy i ostry sposób ocuciły go. W ułamku sekundy pożałował swojej uwagi, uwagi, która w oczywisty sposób miała pozwolić mu sobie ulżyć, nie zważając na to, jedyne wypowiedziane przez niego zdanie okaże się dla niej ostrzem noża. Zawahał się, po raz kolejny czując zryw, by ją przeprosić, opowiedzieć co działo się przez te trzy dni, co tak okrutnie nadwyrężyło jego psychikę, jednak i tym razem zryw nie zdołał zerwać łańcucha, który na powrót uśpił wszelkie emocje.
    Ze spokojem na twarzy spojrzał na blondynkę, której oczy zeszkliły się łzami błyskającymi złością i żalem. Rozsądek kazał mu spełnić polecenie nauczycielki nie tyle z obawy przez kobiecymi emocjami ile szacunek, chciał dać jej czas, by ochłonęła, działanie w emocjach w końcu nie przynosiło niczego dobrego, o czym zdążył się przekonać w ciągu ostatnich kilku dni.
Dźwięk zamykających się drzwi wypełnił go dziwnym uczuciem spokoju, ale i pustki. Nie czuł się z tym dobrze, nie mógł, nikt nie mógł.
    Retrys wziął głęboki wdech, wypuszczając powoli powietrze przez nos, rozglądając się przy tym po klatce schodowej zdającej się nieść we wszystkich kierunkach głos Michelle. Schodząc po schodach, słyszał każdy krok, otarcie podeszwy buta o stopień czy chociażby odbijające się echem westchnienie, zawsze go to irytowało. Wysokość budynku jedynie wzmagała wszystkie dźwięki wwiercające się w głowę. Jak gdyby tego było mało, na jednym z półpięter natknął się na starszą kobietę, w której od razu rozpoznał staruszkę z opowieści nauczycielki, a to wszystko za sprawą niewielkiego pudla stojącego u jej boku.
    — Co tam się dzieje, co to za krzyki? Słychać was w całym bloku — spytała z wyrzutem, sama nie szczędząc głosu. — Możecie się następnym razem kłócić trochę ciszej. Fifi się denerwuje — pochyliła się nad wyraz dziarsko, głaszcząc swojego białego towarzysza.

piątek, 29 stycznia 2021

Od Michelle CD. Retrysa

Tu poczta głosowa… — oznajmiła komputerowym, monotonnym głosem jakaś kobieta po tym, jak w słuchawce rozbrzmiały już wszystkie głuche sygnały.
Michelle wcisnęła czerwoną słuchawkę bardziej nerwowo, niż się po sobie spodziewała. Być może była to kwestia tego, że tak bardzo chciała teraz usłyszeć chociażby głupie „halo”, którym Retrys zazwyczaj rozpoczynał rozmowę telefoniczną, a nie wyprutą z emocji sztuczną sekretarkę. Minęły już trzy dni od czasu, kiedy oznajmił jej, że samochód jego koleżanki z pracy wymaga naprawy, przez co „chwilowo nie będzie mógł zostawać na noc”, a jej zaczynało coraz bardziej go brakować.
— Chyba trochę zwariowałam, co? — mruknęła do leżącego u jej stóp Oriona. — Przez tyle czasu radziłam sobie sama, a teraz tęsknię jak głupia, bo nie miałam z nim kontaktu od raptem trzech dni. — Westchnęła. — No cóż, mówią, że miłość to choroba. Choremu chyba można sporo wybaczyć, nawet tak irracjonalne zachowanie. Jak uważasz?
Pies uniósł łeb, posłał jej spojrzenie pod tytułem „Naprawdę budziłaś mnie tylko po to, żeby wylać swoje żale, kobieto?” i znowu złożył głowę na łapach z zamiarem powrotu do krainy słodkich psich snów. Jego właścicielka wywróciła oczami, pogłośniła nieco grający w tle telewizor i wróciła do sprawdzania wypracowań.
Rozległ się dzwonek do drzwi. Terier szybko poderwał się z pozycji leżącej do stojącej i od razu pognał do drzwi, gdzie niecierpliwie czekał na swoją właścicielkę. Jej samej jedynie za pomocą wypracowanej przez lata zbierania doświadczenia zawodowego pewności w ręce nie pomazała pracy jednego z uczniów długopisem, gdy podskoczyła, zaskoczona nagłym dźwiękiem. Rzuciła ostatnie spojrzenie kartce, której może jednak przydałoby się jedno solidne przekreślenie zamiast setek małych czerwonych przekreśleń i poprawek, i ruszyła do drzwi.
— Nie podniecaj się tak. To na pewno nie on. Prawdopodobnie listonosz czy inny kurier — wyszeptała. Nie była pewna, czy kieruje te słowa do coraz bardziej rozemocjonowanego Oriona, czy raczej do siebie samej, lecz postanowiła się tym nie przejmować.
Otworzyła drzwi, nie przytrzymując nawet psa. Musiała się przeliczyć z zaufaniem do jego przeszkolenia i ogólnej psiej mądrości. Samiec od razu, gdy pojawiła się jakakolwiek szpara umożliwiająca mu opuszczenia mieszkania, rzucił się pędem na klatkę schodową, a potem w dół po schodach.
— Orion, stój! Wracaj tu, do nogi! — krzyknęła za nim Michelle, lecz oczywiście została zignorowana. — Pan poczeka, jak pan może, muszę złapać psa — wymamrotała do zaszokowanego kuriera trzymającego dość sporą paczkę i, chwyciwszy wiszącą na haku w przedpokoju smycz, wybiegła z mieszkania za pupilem.
Dogoniła go dwa piętra niżej. Osaczył jakąś starszą kobietę trzymającą kurczowo smycz, na której drugim końcu stał przystrzyżony na lwa pudel.
— Sio, brutalu! Zostaw moją Fifi! — wykrzykiwała kobiecina, cała się trzęsąc ze złości.
Nauczycielka prawdopodobnie parsknęłaby, słysząc imię suczki, gdyby nie rozpoznała, co było powodem całej tej sytuacji. Fifi najwyraźniej miała cieczkę, a Orion prawdopodobnie chciał skorzystać z okazji.
— Spokojnie, żaden z niego brutal — zapewniła. Uśmiechnęła się delikatnie. Podeszła powoli do Oriona, który po chwili wyrywania się pozwolił przypiąć sobie smycz do obroży.
— Jeśli będzie miała szczeniaki, to będzie twoja wina!
Panna Hobart nie przypominała sobie, by kiedykolwiek przeszła z tą nieznaną sobie do końca kobietą na „ty”, lecz ugryzła się w język, zanim to podkreśliła.
— To kastrat — wyjaśniła jedynie i zwróciła swą uwagę na swojego pupila. — Orion. Hej, Ori, idziemy.
Samiec na szczęście ocknął się z transu i już miał dać się odprowadzić do domu, gdy właścicielka pudelki o idiotycznym imieniu odezwała się po raz kolejny.
— A skąd mam mieć pewność, że weterynarze nie skopali tej kastracji?!
— A chce mu pani zajrzeć pomiędzy tylne nogi? — mruknęła młodsza z kobiet, powoli tracąc już cierpliwość. — Pani też powinna wysterylizować Fifi, nie będzie miała pani więcej problemów z „brutalami”.
Nie czekała na odpowiedź. Wróciła do mieszkania i do znudzonego już porządnie kuriera. Odebrała od niego paczkę najszybciej, jak mogła i prawie wypchnęła go za drzwi. Musiała szybko wyjść, jeśli nie chciała spóźnić się do pracy.

wtorek, 26 stycznia 2021

wtorek, 12 stycznia 2021

Aaron Murphy

 Dane | Aaron Murphy

Pseudonim | Po prostu Murphy
Płeć i orientacja | Mężczyzna | Heteroseksualny
Wiek | Aaron ma już 23 wiosny za sobą
Praca | Prócz członkostwa w gangu, Murphy ma też inne zajęcia, chociażby takie jak praca. Pracuje on w dwóch miejscach, jedna z nich jest legalna, druga mniej. Jego oficjalna praca polega na byciu zwyczajnym mechanikiem, ale zarobki z niej nie są zbyt zadowalające, aby to zmienić postanowił pewnego dnia wziąć udział w nielegalnych walkach. Początkowo miał być to jednorazowy wybryk, lecz pokusa była większa.
Klub motocyklowy i funkcja | Blackwood Beast | Prospect
Osobowość | Aaron jest osobą trudną do zrozumienia, ze względu na jego bipolarność, którą odziedziczył po mamie. Prócz zmagania się z chorobą, musiał zmierzyć się ze śmiercią matki w wieku 10 lat. Wtedy po raz pierwszy wpadł w epizod depresyjny. Zawsze stara się być obojętny w stosunku do ludzi, lecz nie zawsze wychodzi to przez zmiany nastrojowe związane z niebraniem leków. Jakoś raz w miesiącu wpada w epizod maniakalny, wiąże się z tym najczęściej nadmierna ilość energii oraz halucynacje (Zdarzają się epizody bezobjawowe). Odchodząc od tematu jego choroby, ze względu na niemiłe sytuacje z dzieciństwa. W wieku prawie 11 lat jego ‘’koledzy’’ zaczęli wyśmiewać się ze śmierci jego mamy, co spowodowało traumę związaną z okazywaniem emocji. Ojciec nauczył go zachowań
Narcystycznych. Uważa się on za najlepszego boksera w mieście (Choć nim jeszcze nie jest), są w tym plusy i minusy. Plusem jest jego pewność siebie i chęć być najlepszą wersją siebie, lecz gdy przegra jego zachowanie jest po prostu nieznośnie, krzyczy i marudzi, wiąże się z tym małe grono znajomych, bo mało osób z nim wytrzymuje. Cechuje się on również lojalnością, dzięki czemu ma małe, ale stałe grono znajomych. Każdy powierzony sekret jest u niego bezpieczny. Zawsze staje w obronie przyjaciół oraz skoczyłby za nimi w ogień. Kolejnym jego atrybutem jest szczerość, aż do bólu. Mówi to co myśli nie zważając na konsekwencje z tym związane. Nie lubi owijać w bawełnę i kłamać, ponieważ jest zdania, że im mniej kłamstw tym mniej bólu, choć nie zawsze tak jest. Jeśli zamierzasz się z nim spotkać na mieście, umów się 15 minut przed zamierzonym przybyciem, może zdąży. Jest dość spóźnialski…
Aparycja |Niewyróżniający się z tłumu chłopak o wzroście 190 cm, zresztą większość osób z rodziny mierzy ponad 180 cm. Posiada on zwykłe brązowe włosy, zazwyczaj krócej ścięte po bokach i zostawione w nieładzie na górze. Układane na żelu tylko przy wyjątkowych okazjach. Piwne oczy odziedziczone po matce. Waży 85 kg, a jego sylwetkę można zaliczyć pod wysportowaną. Sekret tego ciała to geny ojca, zdrowe odżywianie i sport. Posiadał kiedyś tatuaż, który usunął ze względu na jego znaczenie. We względu na dość brutalny sport, jego ciało zdobią liczne blizny. Jest ich tak dużo, że stracił już rachubę. Stylu Aarona nie można określić jednoznacznie, ubiera się jak chce, byleby było wygodnie .
Historia sprzed dołączenia do klubu | Zanim dołączył do gangu, pracował jako mechanik, nie zarabiał dużo, lecz nie mógł też narzekać. Pewnego dnia postanowił to zmienić i wziąć udział w okolicznych nielegalnych walkach. To tam po raz pierwszy zobaczył grupkę ludzi z Blackwoods Beast. Od tego momentu postanowił śledzić ich działania…
Rodzina i przyjaciele |
  • Sophie Murphy- matka, zbytnio jej nie pamięta. Ojciec powiedział mu, że nie żyje.
  • Vincent Murphy – ojciec, obecnie brak kontaktu. Po śmierci Sophie wpajał Aaronowi narcystyczne zachowania. Syn opuścił go, z powodu alkoholizmu. Nigdy nie mieli zbyt dobrych relacji.
Partner/Zauroczenie | Brak
Ciekawostki
  • Choruje na Bipolarność
  • Nienawidzi kawy
  • Ma alergię na kurz
Autor | Magnum2007


      




sobota, 9 stycznia 2021

Od Retrysa CD Michelle

Poniedziałki nigdy nie były szczególnie pasjonujące w takim miejscu jak bar w kasynie. Można pokusić się nawet o stwierdzenie, że były regresywne dla zarobków właściciela, zresztą podobnie jak resztą tygodnia roboczego. Większość gości w końcu traktowała grę w kasynie jako weekendową formę rozrywki. Trudno było oczekiwać, by w poniedziałkowe popołudnie robili coś innego niż po wyleczonym kacu przepraszanie rodzin lub plucie sobie w brodę za kolejne roztrwonione pieniądze, by w końcu zasiąść do pracy, by w następny weekend pomimo zapewnień i obietnic popełnić dokładnie tę samą zbrodnię.
Ta pustka zdawała się wręcz dzwonić w uszach, niemal przytłaczając swoją obecnością. Retrys stał bezczynnie za ladą, na zmianę przecierając idealnie białą szmatkę to szklankę, to lekko skurzoną butelkę. Niechybnie umarłby z nudów w najbardziej znienawidzony dzień w tygodniu, gdyby nie Wielką Piątka — najbardziej znanych bywalców kasyna — Trevora, Michaela, Mikiego, Martina i Tracey, uzależnionych od hazardu, ustawicznie przegrywających, bezrobotnych i nie wiadomo skąd biorących pieniądze, by codziennie przepuszczać kolejne oszczędności, zapewne nie ich życia.
Zza ściany jedynie dobiegały Ursusa nieprzyjemne dźwięki automatów, które jako jedyne wypełniały pustkę po reszcie gościach.
Mężczyzna skrzywił się znacząco, odkładając szklankę ze rżniętego szkła, podirytowany już tragicznym krzykiem maszyn i wściekłej z powodu kolejnej przegranej Wielkiej Piątki. Wzrok Calaneya sam powędrował w stronę starego gramofonu, którym miał nadzieję zagłuszyć ten jazgot, powstrzymał go jedynie, równie niemiłe jego staroświeckiemu uchu, pikniecie komórki. Gdyby nie fakt, że oczekiwał tego sygnału, zapewne zostawiłby telefon w szatni.
Sprawnym ruchem wygrzebał Pentagram Monstera z głębokiej kieszeni spodni, odczytując, jak miał nadzieję twierdzącą odpowiedź na swoją propozycję. Kącik jego ust nieznacznie powędrował mu górze. Z powodu pracy przy samochodzie Alice, a teraz jeszcze drugiego, znacznie mniejszego, a w dodatku merdającego ogonkiem nie mógł kolejny raz zostać na noc u Michelle, nikt jednak nie powiedział, że nie mógł spotykać się z nią w międzyczasie. Skoro była mi temu okazja i oczywiste chęci, czemu miałby nie skorzystać, tym bardziej że naprawdę lubił ich "randki". Tym razem, jak i sprawia za każdym innym, nie miał szczególnego pomysłu na to jak spędzą ten czas razem, po prostu chciał spędzić go z nią, nieważne było w jaki sposób. 
Czas do przerwy ciągnął się nieubłaganie, a niezmienna jednostajność w kasynie wcale nie pomagała mu przetrwać tego czasu. Zwykle ten mijał mu na wysłuchiwaniu licznych, nierzadko naprawdę ciekawych historii. Retrys nigdy nie lubił niepotrzebnie strzępić języka, z resztą nie miał do tego za grosz talentu. Znacznie lepiej od mówienia wychodziło mu słuchanie, do tego stopnia, że pijani klienci czasem w ogóle zapominali o jego obecności i wczuwając się w opowiadaną historię życia, po prostu mówili dalej. Czasem tylko potrząsali głowami, zastanawiając się, do kogo tak właściwie mówili, dopiero po chwili orientując się, że stał przed nimi rosły barman cierpliwie wysłuchujący każdej z nich. Większość gości, ku jego radości nawet nie wymagała odpowiedzi czy tym bardziej złotych rad, jedynie okazjonalnego przytaknięcia na dowód, że wciąż słuchani. Kilka razy nawet zdarzyło mu się, że po iście Hamletowskim monologu gość mu podziękował za wypełnienie atencyjnej pustki, co było nie lada doświadczeniem, co więcej naprawdę miłym.
Gdy w końcu wybiła piętnasta, jedynym co wydostało się z ust barmana, było westchnienie ulgi. Nie przypuszczał nawet, że po zaledwie trzech godzinach, w zasadzie nic nierobienia mógł być aż tak zmęczony. Nienawidził poniedziałków, tej pustki przy barze, braku pracy po idealnie wysprzątanym po weekendzie stanowisku i nie znosił faktu, że bezczynność wysysała z niego energię.

niedziela, 3 stycznia 2021

Od Johnniego CD Vanyi

W ósmej klasie Johnny miał dziewczynę. W sumie przypadkiem, bo zostali złączeni w parę do projektu z literatury, a ona pocałowała go w róg ust podczas pierwszego spotkania, po czym rozpowiedziała po szkole, że są razem. Daisy miała niebieskie oczy i blond włosy, które najbardziej lubiła spinać kolorowymi spinkami. Najczęściej chodziła w bieli i z tą jej jasną skórą i płowymi włosami wyglądała trochę, jakby wyrwała się z kultu (w sumie, patrząc z perspektywy czasu, Johnny nie zdziwiłby się, gdyby Daisy faktycznie wychowała się w kulcie. W końcu wtedy mieszkali z rodziną w Teksasie, a kto tam wie, co tak naprawdę się dzieje. Jednak dobrze, że szybko się przenieśli), ale była miła w stosunku do Johnniego a posiadanie dziewczyny, szczególnie dla dzieciaka, któremu przylepiono od razu łatkę "ten nowy, dziwny, w dodatku z akcentem", każdy sposób na podskoczenie na drabinie popularności był dobry. Daisy często zamyślała się z pustym wzrokiem wbitym w przestrzeń, wzdrygała się gdy ktoś za głośno zatrzaskiwał drzwi lub podniósł głos, nie lubiła jeść przy innych ludziach, więc lunch spędzała na boisku zamiast w stołówce.
I mimo tego, że Johnny nigdy nie uznałby tego ich "związku" (bo czy związkiem można nazwać coś, co łączyło dwóch czternastolatków, które nawet nie wiedzą, co mają we własnych głowach?) za jakiś niezwykle rozwijający czy emocjonalny, to przynajmniej nauczyli się czegoś od siebie. Bo Johnny pokazał Daisy, że nie musi przepraszać za to, że się zamyśliła, że nie każdy okrzyk jest agresywny czy skierowany na nią. A Daisy pokazała mu, że można cieszyć się z rzeczy po cichu, że nie każdy lubi, żeby go ściskać na przywitanie, że z atakiem paniki można sobie poradzić i to wcale nie jest takie trudne. 
Że można odwrócić czyjąś uwagę, podnieść na duchu, nawet kiedy wygląda, jakby świat zapadał im się pod nogami.
Więc teraz, gdy Vanya ściska jego ramię jak koło ratunkowe pośród wysokich fal, gdy w tle słychać krzyki podobne do tych, które kiedyś słyszał, gdy podsłuchał rozmowę Valencíi z jej matką, Johnny wie, co zrobić. 
Podpiera przedramiona na kulach i pochyla się tak, żeby Vanya widział chociaż fragment jego twarzy mimo wbijania wzroku w popękany asfalt pod ich stopami. Ma ochotę złapać blondyna pod brodą i podsunąć jego głowę wyżej i w sumie prawie to robi, ale zatrzymuje się w ostatniej sekundzie. Trochę ze strachu przed strąceniem równowagi i rozpłaszczeniem się na betonie, trochę przez echo krzyku Vanyi sprzed kilku minut. Cholera, to wszystko będzie trudne.
Bo Johnny wręcz instynktownie robi wszystko dotykiem, szczególnie przy osobach, które uważa za przyjaciół, znajomych. A Vanya wciąż wygląda na poruszonego całą tą sprawą, tym, co Robin i Leon na niego sprowadzili. Ta cała sytuacja pozostawiła kwaśno-gorzki posmak w ustach Baby, który wciąż czuje, kiedy przełyka ślinę. Palce prawie go świerzbią, żeby coś zrobić, pocieszyć dotykiem Vanyę, klepnąć go po barku, przejechać dłonią ramię, uścisnąć to miejsce przy nadgarstku, żeby pokazać, patrz, to jeszcze nie koniec, masz puls, żyjesz, i to jest okej i wystarcza, ale zamiast tego zakleszcza palce mocniej na tych przeklętych kulach i ściska szczękę tak mocno jak może, czując jak zęby szorują po sobie bezdźwięcznie.
– Spadamy, niech się ciołki udławią, pendejos – burczy pod nosem Johnny i gdyby nie fakt, że nachylił się wcześniej, Vanya pewnie w ogóle by go nie usłyszał. Leon i Robin dalej przekrzykują się za nimi i gdyby nie te przeklęte kule (bez których Johnny i tak poradziłby sobie bez problemu oczywiście, tylko Vanya mu je dał i jeszcze rzucił tym tekstem o ochroniarzu, jakby Baby nie mógł sobie poradzić, a przecież mógłby bez problemu, prawda? Na sto procent), Johnny dawno przeleciałby przez parking i strzelił obu po potylicy, bo warczą na siebie jak dwa zdziczałe kundle. Zamiast tego wsuwa dwa palce do ust i gwiżdże jak najgłośniej może. Z sukcesem, bo Leon i Robin jak na zawołanie odwracają głowy, milkną momentalnie. Wyglądają, jakby ktoś kliknął pauzę na scenie walki, a raczej czegoś, co zaraz miało być walką.
– No, to wy tutaj szczekajcie dalej, my spadamy na brunch.

piątek, 1 stycznia 2021

Od Michelle CD. Rertysa

Michelle Hobart, ogólnie rzecz biorąc, lubiła swoją pracę. Jeśli można było to określić tak górnolotnie, czuła prawdziwe powołanie do tego, co robiła. Czasami miała jednak po prostu dość — zwłaszcza wtedy, gdy musiała wyrysować na górze pracy jednego ze swoich uczniów okrągłe zero (na przeklęte trzydzieści punktów możliwe do zdobycia w tym teście). Robiła to zawsze zamaszystym ruchem, choć czuła pewne odrętwienie. Czy naprawdę po to wałkowała z nimi ten materiał tak długo, by musieć teraz wypisywać kilka takich zer czy niewiele lepszych wyników? Rekompensowało jej to jedynie tych dwoje czy troje uczniów, przy których nazwiskach z delikatnym uśmiechem na ustach zapisać mogła maksymalną ilość punktów — dla takich naprawdę chciało się wstawać co rano i jechać do pracy autobusem, by przesiedzieć za biurkiem te kilka średnio płatnych godzin. Cała reszta oscylowała gdzieś w okolicach piętnastu punktów, czyli pośrodku, miernie. Nic nowego.
— Michelle — usłyszała nagle gdzieś w okolicach swojego boku. 
Drgnęła niespokojnie. Tak zagłębiła się w lekturę uczniowskich wypracowań, czy to lepszych, czy to gorszych, że udało jej całkowicie zapomnieć, że dzieli z kimś łóżko. Było to oczywiście o tyle dziwne, że ów ktoś nie był byle kim. Nie zdążyła nawet posłać rozkojarzonego spojrzenia swojemu partnerowi, gdy ten odezwał się ponownie, by spróbować namówić ją do odpoczynku.
— Zaraz. Mam jeszcze jedną klasę do sprawdzenia — wymamrotała, nie zwracając nawet uwagi na to, że trzymała w dłoniach prace nie jednej klasy, a aż trzech. 
Szybko wróciła do pracy. Udało jej się zanotować jeszcze jedną maksymalną ilość punktów, dwa znienawidzone przez siebie zera i kilka wyników pośrednich, gdy uważnie jej się do tej pory przyglądający mężczyzna znowu się odezwał.
— Miśka — mruknął znowu, dzięki czemu jej uwaga nareszcie się na nim skupiła. Niedawno zaczął zdrabniać jej imię w ten sposób i jakkolwiek dziwnie by się z tym nadal nie czuła, musiała przyznać, że bardzo jej się to podobało. 
Wymawiając słowa czułego upomnienia, ostrożnym ruchem wyjął jej z dłoni długopis i kartki. Przysunął się do niej i objął ją w okolicach klatki piersiowej, na tyle blisko samych piersi, by w jej podbrzuszu zaczęły szaleć motyle, lecz jednocześnie na tyle daleko, by jasne dla niej się stało, że tej nocy nie ma co liczyć na usatysfakcjonowanie owych metaforycznych owadów. Z westchnieniem tak cierpiętniczym, jak dało się to zagrać w okolicach godziny trzeciej w nocy, opadła na poduszkę i wtuliła się w Retrysa. 
— Wiesz przecież, że nie zasnę. — Postanowiła jeszcze pomarudzić. Była w stanie zrobić wszystko, byle nie musieć się jeszcze pogrążyć w ciszy.
Calaney nigdy nie strzępił niepotrzebnie języka, więc tym bardziej nie zamierzał go najwyraźniej nadwyrężać w środku nocy. Szybko zakończył marudzenie swojej partnerki, przyciągnął ją jeszcze mocniej do siebie i zgasił światło. Już po chwili spał w najlepsze, od czasu do czasu ku rozbawieniu Michelle pochrapując cicho. 
Budzikom śmierć. Wściekły zegar równo o szóstej pięć zaczął wyć jak syrena przeciwmgielna. Mniej niż trzy godziny snu od razu uderzyły w Michelle z siłą rozpędzonego pociągu. Choć umysł krzyczał, błagając o więcej snu i nie potrafiąc skupić się na niczym innym, ręka sama znalazła wyłącznik szalonego ustrojstwa. Łóżko opuściła również jedynie za pomocą pamięci mięśniowej. 
Pazury Oriona uderzały w posadzkę, a hałas ten zdawał się być nie do wytrzymania, spotęgowany przez stan nauczycielki. 
— Muszę ci kupić coś na łapy. Jakieś buty, żebyś tak nie rył pazurami po posadzce — wymamrotała do czworonoga i wyszła z sypialni.
Pies tradycyjnie od razu udał się za nią. Zatrzymały go dopiero zatrzaśnięte mu przed nosem drzwi od łazienki. Gdy jego właścicielka znalazła się w owym pomieszczeniu sama, szybko rozebrała się z i tak dość skąpego odzienia nocnego i weszła do kabiny prysznicowej. Choć miała skłonność do spędzania długich przyjemnych chwil pod strumieniami ciepłej wody, tym razem postawiła na szybki zimny prysznic. 
Po osuszeniu się i ubraniu w cokolwiek, w czym mogła przyszykować śniadanie, opuściła łazienkę. Swe kroki skierowała od razu do kuchni czy, mówiąc dokładniej, do ekspresu na kawę. Jeszcze do niedawna mogła się pochwalić tym, że do porannego funkcjonowania nie potrzebuje kawy, lecz ostatnimi czasy uległo to zmianie. Mimo tego, że u boku ukochanego powinna spać jak niemowlę, jeśli wierzyć ckliwym powiastkom romantycznym (którym zresztą nigdy nie powinno się wierzyć), tak naprawdę w ciągu ostatnich tygodni jej bezsenność była jeszcze bardziej bezwzględna. Po środki na bezsenność oczywiście w dalszym ciągu nie zamierzała sięgnąć.
Gdy wypiła już czarny gorzki napój, który w takiej sytuacji smakował jednak niczym słodki nektar, poczuła, że wraca w nią życie. Już po chwili mogła wrócić się do pustej już sypialni po telefon (po drodze słyszała odgłosy wody spod prysznica dobiegające z łazienki, od razu więc wiedziała, że Retrys najwyraźniej postanowił już wstać) i za jego pomocą włączyła muzykę.
Była właśnie w trakcie szykowania sobie kanapki na śniadanie, gdy z głośnika rozbrzmiewać zaczęła piosenka, której dodania na swoją playlistę już nawet nie pamiętała. Nie zamierzała jednak narzekać, bo utwór kojarzący jej się obecnie głównie z pijackim wieczorem karaoke z Ursusem swą melodią szybko zdołał porwać ją do czegoś mogącego nieco przypominać taniec. Z racji swojego całkiem dobrego i polepszonego dodatkowo przez „If you wanna be happy” humoru, postanowiła zlitować się nad Orionem, który był już bliski obślinienia podłogi.
— Ale mnie wystraszyłeś — sapnęła, gdy, odwróciwszy się w kierunku pupila, dostrzegła przyglądającego się jej mężczyznę. — Będę musiała kupić ci dzwoneczek, bo w końcu dostanę zawału — dodała, gdy udało jej się już uspokoić bicie serca.
Gdy wypowiadała swoją propozycję o dzwoneczku, nie widziała w tym żadnych dodatkowych podtekstów, lecz wystarczyła dosłownie chwila, by w jej głowie pojawiły się ciekawe wizje. Przyczepianie dorosłemu mężczyźnie dzwoneczka, zwłaszcza tak, jak to sobie wyobraziła, czyli na obroży, jak kotu, mogło się dorosłej kobiecie, zwłaszcza tej pozostającej z owym mężczyzną w związku, kojarzyć prawdopodobnie wyłącznie z jednym — i z tym właśnie szybko skojarzyło się pannie Hobart. 
Szybko zmieniła temat, nie chcąc dawać swojej wyobraźni rozszaleć się jeszcze bardziej. Nie było to łatwe, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że Retrys już po chwili podszedł do niej od tyłu i pocałował ją w potylicę.
— Połóż się je… — Nie dane jej było dokończyć, ponieważ przed jej nosem znienacka pojawiła się przygotowana przez nią wcześniej kanapka. Może i lepiej, bo brakowało jej dosłownie minimum, by była gotowa położyć się do łóżka razem z nim, bynajmniej nie po to, by spać. 
Kolejne słowa Retrysa były jak potrzebny jej obecnie kubeł zimnej głowy wylany na głowę — nieco okrutne, ale skutecznie gaszące rosnące podniecenie.
— Chwilowo nie będę mógł zostawać na noc.
Uważnie wysłuchała jego kolejnych słów, udało jej się nawet do nich jakkolwiek odnieść, lecz jej umysł oczywiście wciąż trzymał się kurczowo tego pierwszego zdania. Zadziwiające, jak bardzo mogło ją to uwierać po stosunkowo krótkim czasie razem. Pierwsza rocznica hen, hen przed nimi, a ona już nie była pewna, jak zaśnie bez niego u swojego boku. Jedno było pewne — odciągać ją od sprawdzanych po nocach klasówek nie będzie miał ją kto. Mogła więc liczyć przynajmniej na rozrywkę w takiej formie. 
— Zrobię ci zakupy, czego potrzebujesz? — zaproponował nagle. Nie spodziewała się takiej propozycji z jego strony. Zmarszczyła nieco brwi, przyglądając mu się uważnie. 
— Nie musisz.
— Chcę — wręcz błyskawicznie odbił piłeczkę.
Zdawało jej się, że czytała coś w jego twarzy. Nie była w stanie tego jednoznacznie nazwać, lecz czuła, że jeśli mu odmówi, on i tak nie da jej spokoju. Że on naprawdę chciał zrobić te zakupy z jakichś jej nieznanych pokręconych męskich powodów.
— W porządku. — Westchnęła i, zbierając produkty pozostawione na blacie po szykowaniu śniadania na właściwe im miejsca, w skrócie przekazała partnerowi, czego potrzebuje. 
— Może jeszcze tampony? — zaproponował, gdy skończyła, prawdopodobnie z jakimś niekoniecznie mogącym jej się spodobać uśmieszkiem na ustach.
Spojrzenie, które mu po tym posłała, kwalifikowało się zapewne do tych z kategorii „gdyby spojrzenie mogło zabijać…”. Wspominanie tamtej sytuacji z pobliskiego sklepiku było naprawdę ciosem poniżej pasa. A za taki cios należał się spektakularny rewanż.
— A wiesz — zaczęła, teatralnie przeciągając głoskę „e”. — Kup.
Już po chwili mogła z zadowoleniem obserwować, jak mężczyzna otwiera usta, by zaprotestować, i sfrustrowany szybko je zamyka. Nie odezwał się już, dając prawdopodobnie kolejny piękny pokaz męskiej dumy. 
— Idę się ubrać — oznajmiła nagle, wykorzystując to, że Retrys nadal pozostawał oniemiały. 
W sypialni wygrzebała z szafy to, co chciała na siebie założyć, a w łazience się w to ubrała. Zajęła się również swoją fryzurą i makijażem. Gdy skończyła, miała już naprawdę mało czasu. Wręcz rzuciła się na torebkę, do której już po chwili wrzucała wszystkie potrzebne jej rzeczy, jak na złość oczywiście porozrzucane po całym mieszkaniu. Na głos wyliczała wszystko, co musiała ze sobą zabrać do pracy, nie chcąc zostawić tu choć jednej, najmniej ważnej rzeczy. 
— Tu masz zapasowy klucz, nie zapomnij zamknąć, gdy będziesz wychodził — objaśniła, zdejmując kluczyk z haka i podając go mężczyźnie.
— Nie zapomnę — odpowiedział, choć było to dość oczywiste. Spędzała jednak zbyt dużo czasu z młodzieżą, by nie chcieć tego teraz usłyszeć. Przezorny zawsze ubezpieczony.
Już miała wyjść, gdy poczuła jego dłoń na swojej talii. Zatrzymała się i spojrzała mu w oczy. Uśmiechnęłaby się delikatnie, gdyby nie to, że ich usta szybko złączyły się w pocałunku. Nie chciała, by zakończył się on równie szybko, dlatego też sama przedłużyła go, chcąc jeszcze choć przez chwilę nacieszyć się dotykiem ukochanego. W końcu musiała jednak wyjść, dlatego też odsunęła się od niego, sprawnie uwolniła z jego nieznacznego objęcia i, rzuciwszy jedynie szybkie słówko pożegnania, wyszła z mieszkania. 
Kolejnych kilka godzin pochłonęła jej praca. Tak już miała w zwyczaju — w budynku szkolnym starała się nie myśleć o niczym innym niż to, co tu i teraz. Czyli, mówiąc w skrócie, Retrys Calaney, pseudonim „Ursus”, jakkolwiek przez nią nie kochany, nie zagościł w tym czasie w jej głowie ani przez chwilę. No cóż… Nie zagościł w jej głowie aż do pewnego momentu.
Przed swoją ostatnią godziną lekcyjną miała tak zwane „okienko”. Postanowiła je przeznaczyć, jak to zazwyczaj czyniła, na sprawdzanie zaległych prac swoich uczniów. Zawsze, gdy wiedziała, że ma w ciągu dnia jakąś wolną godzinę, zabierała ze sobą do pracy przynajmniej jeden plik takich kartek. Zdążyła już rozłożyć je przed sobą na jednym ze złączonych w podkowę stolików w pokoju nauczycielskim oraz wydobyć z czeluści torebki długopis z czerwonym tuszem, gdy jasne się stało, że los ma dla niej inne plany.
Los tym razem przybrał postać Daniela Johanssona, wuefisty pracującego w tej samej szkole co Michelle. Mężczyzna w wieku zbliżonym do wieku panny Hobart prywatnie był stanu wolnego, co jego zdaniem najwyraźniej upoważniało go do regularnego zatruwania życia swojej koleżanki z pracy niekoniecznie mile widzianym flirtem. Nim też niestety postanowił ją zamęczać i tym razem.
— Jak im idzie? — zagadnął, niby od niechcenia, niedbałym ruchem ręki wskazując na leżące przed Michelle klasówki.
— Zależy komu — mruknęła w odpowiedzi nauczycielka literatury, próbując ratować swoje skupienie na pracy.
— Temu, jak widzę, niezbyt dobrze — skomentował, obserwując, jak blondynka na górze kartki zapisuje już trzecie pod rząd zero.
Jak łatwo się było domyślić, była coraz bardziej zirytowana. Nie dość, że uczniowie klasy trzeciej najwyraźniej nie potrafili włożyć sobie do głowy podstawowych informacji na temat utworu, który na ich etapie kształcenia powinien być już naprawdę łatwy, nie wspominając już nawet o interpretacji, facet, który mimo tego, że spędzał godziny na ławce na sali gimnastycznej lub w swoim zakichanym kantorku, zarabiał prawie że tyle samo to ona, akurat teraz postanowił znowu spróbować u niej swoich sił, choć dawała mu kosza już niejednokrotnie. Podniosła więc wzrok znad kolejnej, zapowiadającej się lepiej od poprzednich, pracy i spojrzała na niego, starając się przybrać jak najbardziej neutralny wyraz twarzy.
— Posłuchaj, Dan, mam trochę pracy, więc jeśli chcesz o czymś porozmawiać lub o coś zapytać, to proszę, zrób to szybko albo niech to poczeka do jutra, dobrze? — Sprawę postawiła prosto, choć oczywiście wolałaby, żeby nie musieli już w ogóle rozmawiać poza sprawami służbowymi. (Jak łatwo się domyślić, nauczycielka literatury i nauczyciel wychowania fizycznego nie mieli na szczęście zbyt dużo okazji do rozmów służbowych).
— Och, w porządku, rozumiem. Chciałem tylko spytać, czy… — zaczął, lecz przerwało mu dobiegające z torebki kobiety pikanie telefonu. 
— Przepraszam. Pozwolisz, że odczytam najpierw tę wiadomość — zapowiedziała szybko, zanim stojący przed nią mężczyzna zdołał ponownie otworzyć usta. 
Jej wybawcą, co nawet jej nie zdziwiło, był nie kto inny, a Retrys. Czy raczej, jeśli spojrzeć wyłącznie na ekran komórki, „Recio ❤️”. Wiadomość, którą szybko odczytała, została wysłana naprawdę w najlepszym możliwym momencie. Z zadowoleniem zauważyła też to, jak poprawnie została zapisana.
„O której kończysz? Mam godzinną przerwę od 15. Mogę po Ciebie wpaść.” 
Uśmiech, który pojawił się na jej twarzy, był już po prostu pewnego rodzaju odruchem. Musiała mocno się powstrzymywać, by nie spojrzeć na Daniela, którego wzrok palił ją w kark, by skontrolować, czy to widział. Szybko uznała jednak, że tak właściwie może i lepiej, jeśli widział — niech zastanawia się, z kim teraz pisze jego obiekt zainteresowania i może wreszcie samodzielnie odgadnie, iż jest on już zajęty. 
„Kończę chwilę przed 15. Jeśli nic innego Ci nie wypadnie, wpadnij. Będę czekać.”
Zablokowała telefon, odłożyła go na blat stołu, na wszelki wypadek, gdyby Retrys chciał jeszcze jakkolwiek jej odpowiedzieć, ekranem w dół i znowu zerknęła na wpatrującego się w nią wyczekująco Johanssona. 
— O co chciałeś spytać? — mruknęła, chcąc mieć to wszystko już za sobą.
— O to, czy masz czas dziś po pracy. Otworzyli ostatnio jakąś kawiarenkę niedaleko szkoły, podobno całkiem przytulną i pomyślałem sobie, że… — uciął, zapewne zauważywszy drobny grymas, który pojawił się na jej twarzy. 
— Przepraszam, jestem już umówiona. — Starała się brzmieć, jakby naprawdę było jej choć trochę przykro, choć zadanie to oczywiście było trudne. Nie było jednak niemożliwe, prowadziła przecież kółko teatralne dla swoich uczniów i sama do takowego należała w swoich szkolnych latach, miała więc jakiekolwiek doświadczenie.
— Och… Okay, rozumiem. Może innym razem.
„Może nigdy?”
Uratował ją dzwonek na przerwę. W odpowiedzi na jego słowa jedynie uśmiechnęła się delikatnie. Szybko zgarnęła swoje rzeczy do torby i wyszła z pokoju nauczycielskiego. 
Ostatnia lekcja minęła jej szybko, głównie dlatego, że była luźniejsza od pozostałych. Oddała uczniom jednej z klas pierwszych ich klasówki, omówiła je i wspólnie doszli do wniosku, że nie opłaca im się zaczynać nowego utworu. Końcówkę lekcji młodzież spędziła więc na udawaniu, że czyta jakiś średniej długości wiersz, a ona na udawaniu, że nie słyszy ich szeptów, sama zaczytana w pierwszej lepszej książce zgarniętej z półki.
Gdy dzwonek obwieścił koniec lekcji, uczniowie zerwali się ze swoich miejsc co najmniej tak szybko, jakby to była ich ostatnia godzina lekcyjna w całym roku szkolnym, a nie w pierwszy lepszy poniedziałek. Ich nauczycielka nie spieszyła się aż tak bardzo — mężczyzna, z którym była umówiona, potrzebował w końcu czasu, by dotrzeć tu ze swojego miejsca pracy. Odłożyła czytaną wcześniej książkę na półkę, omiotła wzrokiem ławki, by upewnić się, czy żaden z uczniów niczego nie zapomniał. Dopiero wtedy spakowała do torby swoje rzeczy i wyszła z klasy, uprzednio zgasiwszy w niej światło, i przekręciła drzwi na klucz. Ów klucz chwilę później wisiał już na haczyku w pokoju nauczycielskim, w którym ona założyła płaszcz. Wychodząc z pomieszczenia, mijała się z wuefistą. 
Jak się okazało, mimo swojego braku pośpiechu i tak pospieszyła się zbyt bardzo. Gdy wyszła przed szkołę, Calaney’a nie było jeszcze w zasięgu jej wzroku. Usiadła więc na jednej ze stojących przed nią ławek, czekając na jego przybycie. Pierwszy zjawił się niestety Johansson.
— Nie idziesz do domu? — zagadnął ku jej nieszczęściu, zatrzymując się tuż przed nią.
— Nie. Czekam na kogoś. — Spojrzała na niego, lecz szybko spuściła wzrok, oślepiona świecącym zza jego pleców słońcem. Nawet ono działało dziś na jej korzyść. 
— Ach, no tak, mówiłaś przecież, że jesteś umówiona. Dotrzymać ci towarzystwa, zanim ten „ktoś” się nie pojawi?
— Nie trzeba — odpowiedziała szybko, wstając. Uśmiechnęła się ponad jego ramieniem do nadchodzącego Retrysa. — Już przyszedł. 
Sprawnie wyminęła młodszego z mężczyzn i podeszła do tego, którego towarzystwo ją interesowało. Wiedząc, że jest uważnie obserwowana przez Daniela, nie omieszkała nie zrobić małego przedstawienia. 
— Cześć, kochanie — zagadnęła z szerokim uśmiechem, wystarczająco głośno, by zostać usłyszaną przez zbędnego jej absztyfikanta. Chcąc dopiąć swego dzieła, wspięła się na palce u stóp i pocałowała go delikatnie w zarośnięty policzek. 
Nie była pewna, czy Retrys zdawał sobie sprawę z tego, że brał teraz udział w jej gierce, zabawie w zasadzie niewinnym mężczyzną, lecz nawet jeśli nie, to miał świetną intuicję. Wypowiadając słowa powitania, złapał ją delikatnie za bok w okolicach talii. 
Właśnie wtedy obok nich zjawił się Daniel Johansson.
— Cześć, Michelle, do jutra — rzucił, przechodząc, lecz łatwo było dostrzec, że patrzył głównie na Retrysa.
— Mhm, cześć — odpowiedziała, od niechcenia kiwając mu głową na pożegnanie.
— Kto to? — spytał Ursus, gdy Johansson znalazł się już wystarczająco daleko od nich, by nie usłyszeć ani tego pytania, ani odpowiedzi na nie udzielonej. Prawdopodobnie wyczuł to, jak delikatnie się wyprostowała, gdy tamten przechodził obok.
— Wrzód na dupie — wypaliła jego partnerka, zanim zdołała się powstrzymać. Parsknęła cichym śmiechem, widząc spojrzenie, jakie jej posłał. — Daniel, wuefista. Ku mojej męczarni próbuje mnie poderwać, odkąd tu razem pracujemy, ale, jak widać, skutków brak — dodała, uśmiechając się do niego nieco zadziornie. — Przepraszam za tę szopkę z „kochaniem” i buziakiem w policzek. Po prostu bardzo chcę, żeby wreszcie dał mi spokój. 
— Oj tam, ta szopka nie była aż taka straszna — mruknął, uśmiechając się delikatnie. — Jakby trzeba było to powtórzyć, daj znać. 
— Dam, dam. — Roześmiała się cicho. 
— A jeśli po dobroci nic nie uda się osiągnąć, zawsze są inne środki. — Wzruszył ramionami.
— No coś ty, przecież on nie miałby z tobą szans. — Oburzyła się nieco, przesuwając wzrokiem po jego umięśnionym ramieniu ja okalającym. — Może i wuefista, ale to chuderlak z kształtującym się stopniowo brzuchem piwnym — prychnęła, nagle pełna pogardy do natrętnego osobnika.
— Co? Przecież nie mówię, że od razu będę go bić. To już ostateczność… — Ostatnie zdanie wymamrotał z szelmowskim uśmieszkiem na twarzy.
— Okay, to dobrze. — Pokiwała głową. — Gdzie idziemy? Do twojej pracy? Czy chcesz gdzieś wstąpić po jedzenie czy cokolwiek innego?
— Do widzenia! — usłyszała nagle gdzieś po swojej prawej stronie.
Gdy odwróciła głowę w tamtą stronę, dostrzegła grupkę swoich uczniów, głównie uczennic, szepczących do siebie coś żywo i niekoniecznie dyskretnie pokazując sobie palcami ją i Retrysa. No tak, facet nauczycielki musiał być prawdziwą sensacją, zwłaszcza jeśli wyglądał tak, jak Calaney. Wywróciła oczami, ale uśmiechnęła się do nich serdecznie. 
— Do widzenia, do jutra — odpowiedziała. Gdy odeszli, wróciła spojrzeniem do Calaneya. — To jak, gdzie idziemy?
— Oni tak zawsze? — prychnął mężczyzna.
— Nie. Tylko jak jest o czym plotkować. Obawiam się, że dostarczamy im porządnego materiału. Dlatego też powinniśmy się stąd zwijać, zanim przejdą tędy kolejne trzy czy cztery grupki. — Znowu wywróciła oczami. — To jak w końcu? Zimno mi. — Zaczęła marudzić, licząc na to, że to wreszcie skłoni mężczyznę do działania. 



Retrys? 

(3020 słów)

poniedziałek, 21 grudnia 2020

od Vanyi cd. Johnniego

Rzucam mężczyźnie nieodgadnione spojrzenie znad górnej krawędzi telefonu, w którym gotów już byłem wybierać numer do Leo, aby jednak zjawił się po mnie odrobinę wcześniej, niż to sobie ustaliliśmy. Johnny wygląda, jakby żałował rzuconej dopiero co propozycji, niemalże widzę, jak przygryza sobie język w ramach dania sobie nauczki. Jednocześnie jednak dostrzegam w jego skulonej nieco postaci swego rodzaju niewypowiedzianą nadzieję, na co unoszę lekko brew.- Mam już towarzystwo, jednak zgaduję, że dodatkowa para rąk, nawet dość niesprawna – obrzucam porozumiewawczym spojrzeniem bandaż na nodze Johnniego – może się przydać Robinowi. I tak nawet nie znam szczegółów tego jego całego zlecenia, bo przecież po co cokolwiek mi mówić—
Wybieram ten przeklęty numer, wciąż marudząc cicho pod nosem. Leon odbiera po trzecim sygnale i przeklina mnie od razu, jednak, na szczęście, ucinam jego tyradę wpół słowa.
- Uważaj, gdzie siadasz! Ch*lera jasna!
Leon w ostatniej chwili zdąża zabrać parę swoich okularów z siedzenia pasażera, zanim udaje mi się usiąść na fotelu. Przyjaciel rzuca mi oskarżycielskie spojrzenie, na co pokazuję mu środkowy palec, wolną ręką zapinając pas. Słyszę, jak Johnny pakuje się na tylne siedzenie.
- W bagażniku mam dla ciebie te kule, o które prosiłeś. Teraz już wiem, po co ci były. – Leon rzuca krzywe spojrzenie Johnniemu w lusterku, odpalając silnik samochodu.
Niebieskowłosy zerka na mnie z niezrozumieniem, więc posyłam mu drobny uśmiech, wzruszając ramionami. Przecież to nic takiego. Chcę tylko pomóc.
Kalifornia w środku dnia nie jest niczym ciekawym. W zasadzie można powiedzieć, że to kolejne nudne miasto bez wyraźnej przyszłości, które nie wyróżnia się swoim wyglądem na tle pozostałych nudnych miast bez wyraźnej przyszłości – a takich w Stanach jest przecież na pęczki. Prostytutki zniknęły z rogów ulic, neony są wyłączone, nie oślepiając swoim blaskiem każdej napotkanej pary oczu, w ciemnych zaułkach nie gromadzą się podejrzanie wyglądający mężczyźni z krzywymi zębami, przekrwionymi oczami i głodem narkotykowym wypisanym na twarzach. Nawet ruch drogowy jest ospały i wszystko jakby czeka na lepsze czasy, na zachód słońca, na te pierwsze wieczorne godziny, kiedy temperatura po całym dniu mimo wszystko wciąż się podnosi mimo chłodniejszych miesięcy, kiedy asfalt paruje pod kołami sportowych samochodów, wytaczających się z garażów tylko po to, aby stracić swój nieskazitelny wygląd w pierwszym lepszym wyścigu, kiedy powietrze wypełnia się dymem papierosów i bolesnymi jękami ćpunów, gotowych wbić drugiemu człowiekowi nóż między żebra dla paru drobniaków. Kalifornia śpi. Uśpiona bestia czeka, aby wyślizgnąć się ze swojej jamy wraz z ostatnimi promieniami słońca.
Opieram czoło o zimną szybę, tłumiąc w sobie pełne zmęczenia westchnięcie. Kto by pomyślał, że gorsze samopoczucie może dopaść człowieka zaledwie w odstępie kilku przelotnych myśli?
Silnik warczy po raz ostatni i Leo gasi go, parkując na prywatnym parkingu klubu, przeznaczonym dla pracowników i właściciela. Moje szpilki stukają zgrabnie o twardy beton, kiedy podchodzę do bagażnika i wyciągam z niego kule, które od razu wręczam Johnniemu.
- Zobaczymy, czy rzeczywiście ci jakoś pomogą. Spróbuj nie przeciążać tej nogi, na litość boską – wzdycham ciężko, rejestrując kolejny grymas bólu na twarzy mężczyzny, kiedy ten nieumiejętnie opiera ciężar ciała na zranionej kończynie. – Zaraz zawołam ochroniarza, żeby cię zaniósł, bo aż przykro patrzeć.

niedziela, 20 grudnia 2020

Od Retrysa do Michelle

Księżyc od dawna unosił się na ciemnym bezgwiezdnym niebie. Zdawać by się mogło, że znudzony beznamiętnością nocy nieprotestowa nawet gdy ogromna bura chmura spowiła firmament, tłumiąc jego blask, który sprawiał wrażenie przygasać z każdą chwilą.
Chociaż wokoło panowała głęboka ciemność, to w jednym oknie wciąż paliło się światło. Retrys po raz kolejny uchylił zmęczone powieki. Oczy już piekły go od agresywnie pomarańczowego światłą żarówki lampy nocnej. Zmrużone oczy leniwie przetoczył na leżący obok zegarek — 2:43 — spał równe sześć minut… znów. Zwykle nie miewał problemów z zaśnięciem po ciężkim dniu pracy, nie mógł jednak znieść światła drażniącego go od dobrych kilku godzin i natrętnego szelestu kartek obracanych przez Michelle z przyzwyczajenia sprawdzającej testy w sypialni.
Mężczyzna westchnął głęboko, jakby przez sen, odwracając się na drugi bok. Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w kobietę, zastanawiając się, skąd brała tak potężne pokłady bezsenności, że przemagały zmęczenie lub energii, skoro po tak intensywnym dniu wciąż nie była w stanie zmrużyć oka. W pierwszym momencie miał ochotę uświadomić blondynkę o późnej godzinie i fakcie, że i jemu uniemożliwia zaśnięcie. Szybko jednak zapomniał o tym pochłonięty jej widokiem. Znacznie złagodniał sunąc sennie-marzycielskim spojrzeniem po jej smukłych ramionach przykrytych nieco ciemniejszymi w tym świetle włosami, talii delikatnie gubiącej się w nieco za dużej białej koszulce i co szczególnie przykuło jego uwagę, fragment czarnych figi z niskim stanem wyglądających spod materiału T-shirtu.
— Michelle — mruknął łagodnie, od razu dostrzegając delikatne wzdrygnięcie się kobiety na dźwięk jego głosu. — Połóż się — dodał z ledwie słyszalną prośbą.
— Zaraz, mam jeszcze jedną klasę do sprawdzenia — odparła natychmiast, wracając do pliku kartkowego, które według czujnego oka Calaney'a wcale nie wyglądało na „jedną klasę”.
Znów nastała cisza zakłócana jedynie szelestem przekładanych co chwila, nierówno przyciętych kartek, Barman znów utkwił wzrok w partnerce, uważnie obserwując jej ruchy, gdy z aprobatą delikatnie potakiwała głową, zapisując czerwonym tuszem maksymalną liczbę punktów, by następnie pokręcić nią i zaciąć usta w niezadowoleniu zapisując tak nielubiane przez większość nauczycieli „0”.
— Miśka — powtórzył podnosząc się na łokciu i przysuwając do nocnego marka. — W dzień się pracuje, a w nocy śpi, jutro sprawdzisz te wypociny — zawyrokował nieagresywnie wyciągając jej z dłoni długopis i odkładając na szafkę nocną wraz z kartkówkami. — Masz trochę odpocząć — objął ją silnym ramieniem tuż pod biustem, wciągając nieco głębiej na łóżko, doskonale zdając sobie sprawę z faktu, że leżąc bezczynnie, blondynka prędzej umrze z nudów, niż wypocznie.
— Wiesz przecież, że nie zasnę — odparła marszcząc brwi, gdy w końcu jej głowa wylądowała na poduszce.
— Marudzisz — skwitował podkładając jej rękę pod głowę, drugą sięgając do wyłącznika światła. Gdy tylko żarówka zgasła mężczyzna poczuł niewysłowioną ulgę związaną z nadciągającym snem. — Dobranoc — szepnął przytulając kobietę.
— Dobranoc — odparła nauczyciela bez krztyny nadziei, że uda jej się zasnąć.

…~~*~~…

sobota, 19 grudnia 2020

Od Valeriana do Vanyi

Myjąc ręce w nieskazitelnie czystej umywalce w mieszkaniu Vanyi, Valerian przyglądał się swojej twarzy, która była taka jak zawsze, ale mimo to wydawała się chłopakowi całkiem inna. Blada skóra nabrała delikatnych rumieńców od rozmów ze swoją drugą połówką, a na usta sam pchał mu się uśmiech. Zdawało mu się, że oblicze spoglądające mu w oczy z lustra należy do całkiem inne osoby, jednak gdy uniósł ociekającą wodą dłoń ku kosmykowi włosów opadającemu mu na czoło, postać z lustrzanego odbicia podążyła za nim, idealnie kopiując każdy jego ruch. Przestał mieć wątpliwości, to musiał być on, to jego twarz odbijała się w tafli, to w jego ciemnych oczach grały wypełnione życiem iskierki. Nie często mógł to sobie powiedzieć, ale w tym momencie przyznał sam przed sobą, że podoba mu się to, jak wygląda.
Odgarnął z czoła niesforny kosmyk, pozostawiając na nim kropelki wody, następnie wplótł palce we włosy po obu stronach głowy, przez co delikatnie zwilżył ciemne kędziorki. Jeszcze raz przyjrzał się sobie w lustrze, robiąc przed tym dwa kroki w tył, by przedmiot mógł uchwycić większą powierzchnię jego ciała, które nie zmieniło się od ostatniego razu kiedy je oglądał. Przyjrzał się krytycznym wzrokiem obcisłym spodniom, które opinały jego długie, szczupłe nogi. Wspinając się w górę swojego ciała, poprawił koszulę, by lepiej prezentowała się na piersi i wygładził drobne zagięcie na ramieniu. Kiedy nareszcie uznał, że jego strój wygląda nienagannie, opuścił pomieszczenie, wracając do czekającego na niego w salonie chłopaka.
Od razu wyczuł zmianę, nie wiedział, czym była ona spowodowana, ale nie uszła jego uwadze. Atmosfera w pomieszczeniu wyczuwalnie zgęstniała, wręcz poczuł lodowaty powiew zimna na karku. Starał się wybadać, co mogło spowodować dziwny nastrój między nimi, ale blondyn zachowywał się normalnie, jedynie co, to był lekko zgryźliwy, ale Banter zakładał, że to przez późną porę, chłopak mógł już być zmęczony.
Po skończeniu kolejnego odcinka serialu, który razem oglądali, Valerian podjął decyzję, aby wrócić do domu, nie chciał dłużej męczyć ukochanego swoją obecnością. Ostatni raz pocałował go i opuści jego drogie mieszkanie.
Przeszedł go lekki dreszcz na myśl o nocnym powrocie, ostatnio kiedy to robił, został napadnięty i przebywał przez kilka dni w szpitalu. Bał się czy, przypadkiem jego napastnicy nie będą chcieli po raz kolejny zabawić się jego kosztem, ale tym razem tak, aby naprawdę już nigdy więcej nie wszedł na ich terytorium. Po głowie zaczęły kłębić mu się mroczne myśli, oczami duszy widział już, jak członkowie wrogiego gangu katują go, by później pozostawić go gdzieś obok śmierdzącego śmietnika, gdzieś w ciemnym zaułku. Skonałby otoczony śmieciami, myśląc o nowym świetle jego życia, które nawet w mrocznych odmętach jego umysłu świeciło jasnym światłem.
– Vanya… – cichy szept opuścił jego usta i nawet delikatny wietrzyk owiewający bladą twarz miał problem, by usłyszeć wypowiedziane imię.
Powtórzył imię blondwłosego chłopaka jeszcze kilka razy i sam nie był pewien czy wypowiadał je na głos, czy tylko kołatało się ono w jego głowie. Przez jego imię i oblicze, które Valerian cały czas miał przed oczami, strach zniknął. Dumnie i pewnie ruszył ulicą rozświetloną jedynie przez latarnie, obserwując panującą przed nim pustkę. Pomimo później pory spodziewał się wpaść na kogoś przechadzającego się na ulicy lub myślał, że zostanie chwilowo oślepiony przez reflektory nadjeżdżającego z przeciwka samochodu. Żadne z jego podejrzeń nie doszło do skutku.
Zakończył długi marsz pod drzwiami swojego bloku, nie zdziwił go fakt, że drzwi były lekko uchylone, zepsuły się jakiś czas temu i do tej pory nie zostały naprawione. Nawet nie myślał, by próbować je zamknąć na siłę, po wejściu do środka, pozwolił im przymknąć się z głośnym jękiem zawiasów. Niespiesznie zaczął wspinać się w górę schodów, pomimo późnej pory z niektórych mieszkań mógł usłyszeć głosy. Wcale go nie zdziwiło, że większość z tych słów to były przekleństwa, widocznie jego sąsiedzi postanowili urządzić sobie nocną kłótnię, miał tylko nadzieję, że dzieci małżeństwa z mieszkania z numerem 7 już śpią albo są u babci, która czasem zabierała je do siebie. Valerian przypomniał sobie spokojne oblicze starszej kobiety, która uśmiechnęła się do niego, kiedy jakiś czas temu minęli się na klatce. Wydała mu się sympatyczna i wcale się nie dziwił, że maluchy wolały spędzać czas z matką ich ojca, niż z wiecznie kłócącymi się rodzicami.

środa, 16 grudnia 2020

Od Shaylyn cd Christiana

 Shaylyn odwróciła się i jej spojrzenie napotkało Colina stojącego za nią.

- Zaraz wracam –powiedziała do ciemnowłosego, po czym dodała mało pewnie – zaczekasz?

Chłopak kiwnął sztywno głową jakoś dziwnie się spinając. Uśmiechnęła się lekko do niego, po czym odwróciła się i podeszła do chłopaka stojącego dalej. Zbliżając się do niego zaplotła ręce na piersi i unosząc brew widząc jego sugestywny uśmiech, który nie wiedziała skąd się wziął.

- Przestań tak się szczerzyć bo ci zęby wypadną. Możesz się już zabrać i zająć własnym życiem –powiedziała stając przed blondynem.

- Twoje jest o wiele ciekawsze – powiedział z powagą na twarzy, zerkając nad ramieniem dziewczyny.

- Mam ci przypomnieć, że całkowicie wystarczy mi dwóch facetów chcących kontrolować moje życie? Z czego jeden wciąż robi to z sądowym wyrokiem trzymania się ode mnie z daleka…

- Dobra dobra, zrozumiałem. Spadaj do tego swojego facia – powiedział całując ją w policzek, a dokładniej praktycznie przy kąciku ust. Dziewczyna stała zaskoczona, podczas gdy on zerknął dyskretnie za nią. –Tak jak myślałem, krew jasna go zalała – zaśmiał się, sprawiając, że w końcu zrozumiała co on wyrabia. – Chyba masz tu zazdrośnika. Leć do niego, a ja poczekam na ciebie to wrócimy razem. Tak wiem, jesteś dużą dziewczynką, więc jak wolisz to wytłumacz sobie, że ja się boje wracać samemu, aby nie ucierpiała twoja godność.

Pokręciła jedynie głową i postukała palcem w czoło. Czasem naprawdę nie miała do niego siły. Świetnie się bawił, gdy widział chłopaków zazdrosnych o niego. Tak nieświadomych, że zagrożenia z jego strony w ogóle nie ma. W dodatku wiedział, że tak twarda laska jak ona, nie pozwoli już aby ktoś tak bardzo wpływał na jej życie. Nie po tak toksycznej relacji, z której wyszła. Nie zmieniało to faktu, że niesamowicie się o nią martwił. I poprzysiągł sobie odganianie wszystkich lamusów nie wartych jej. Tu musiał się jeszcze przekonać, co z nim zrobić. Shay odwróciła się od niego przygryzając wargę, aby się nie zaśmiać z działań Colina.

- Będę czekał, bella! –Krzyknął jeszcze za nią, na co nie wytrzymała i jednak parsknęła śmiechem.

Szybko jednak się uspokoiła i kiedy stanęła przed Julianem była już całkowicie opanowana. W niezbyt jasnym klubie dostrzegła doskonale zarys jego zaciśniętej szczęki. Widziała jak bardzo był spięty. Nie rozumiała tylko dlaczego. W końcu nie wiedzieli o sobie za wiele, na dobrą sprawę mogło się okazać, że Julek był już zajęty. Każde z nich mogło mieć na przykład jakieś zobowiązania, oczywiście te poza klubowe. A dziewczyna naprawdę chciałaby go poznać, mimo że nie przyznałaby tego na głos.

- To co… Idziemy tańczyć? – Zapytała jakby nigdy nic.

- A twój koleżka nie będzie miał z tym problemu? – Jego ton w dalszym ciągu był niesamowicie oschły i zawierał jakby nutę sarkazmu.

Czyżby Colin miał rację i chłopak by o nią zazdrosny? Stwierdziła, że daruje sobie rozmyślanie nad tym i nie będzie dłużej prowokować go. Nie widziała w tym najmniejszego sensu.

- Raczej nie. Poza tym z naszej dwójki, to z tobą wolałby się umówić – powiedziała z powagą, klepiąc go po ramieniu. – Z resztą pytał o ciebie…

Julian patrzył przez moment na nią z dezorientacją, aż w końcu do to niego dotarło. Początkowe napięcie przeistoczyło się w zupełne zaskoczenie. Nieświadomie zrobił niesamowicie przezabawną minę i dziewczynę wiele kosztowało zachowanie powagi. Jednak w końcu nie wytrzymała i parsknęła śmiechem. Szczerym, najprawdziwszym śmiechem, którego tak dawno nie używała. Na twarzy ciemnowłosego odnotowała jakiś nieodgadniony wyraz twarzy. Pokręciła głową, łapiąc Juliana za dłoń.

- Chodź tańczyć Julek i nie marnujmy więcej czasu –powiedziała ciągnąc go za sobą. – Noc już nie będzie młodsza.

W końcu stanęli na parkiecie wśród bawiącego się tłumu. Shay pokręciła zachęcająco biodrami, stając naprzeciwko niego. Chłopak obrócił nią szybko, jednocześnie uważał aby się nie potknęła. Jeśli miło jej się tańczyło wolnego z nim, ale teraz bawiła się świetnie. Mimo dość później pory, nie czuła całkowicie zmęczenia. Wciąż była zaskoczona jak bardzo grzecznie Julian się zachowywał. Jakoś jego zachowanie względem niej nie pasowało jej do chłopaka, na którego wpadła. Nie że nie była zadowolona z tego. Wręcz przeciwnie, dawno nikt nie traktował jej tylko jak kawałek mięsa. W pewnym momencie ponownie poleciała jakaś wolniejsza melodia, a chłopak przyciągnął ją bliżej siebie, kładąc ręce na jej biodrach. Jej dłonie wylądowały na jego karku.

- Kim jest dla ciebie ten blondas? – Zapytał, jakby nie dawało mu to spokoju.

-Ten ‘’blondas’’ to mój najlepszy przyjaciel od dziecka. Wiem, że zawsze mogę na niego liczyć i że zawsze będzie po mojej stronie. No prawie zawsze bo nie wchodzi w konflikty z moim bratem… Boi się go, jak całkiem sporo osób. Colin to świetny chłopak, ale jak już wspominałam, on woli facetów. No cóż… Nie ma ideałów –mówiła to bawiąc się bezwiednie jego włosami, przeczesując je. Po chwili jednak zorientowała się co robi i zaprzestała tego natychmiast. –Mam nadzieję, że nie masz problemów przez tą przerwę… Byłabym na siebie niesamowicie wściekła, gdyby okazało się, że przeze mnie problemy.

- No wiesz, gdybyś mnie nie powstrzymała, to pwenie bym mu przywalił. Wtedy napewno miał bym kłopoty.

-Gdyby nie ja, dalej byś grzecznie pracował. Nie myślał byś nawet o walnięciu go.

Chłopak zaśmiał się szczerze, ponosząc jedną rękę, aby odgarnąć jej zabłąkane pasmo za ucho.

- Nie, o tym prędzej czy później sam bym pomyślał -powiedział poważnie po chwili zastanowienia, czym ponownie wywołał śmiech dziewczyny. 

- Wiedziałam, że jesteś bad boy -parsknęła patrząc mu w oczy.


Christian?

(868 słów)

wtorek, 15 grudnia 2020

Od Hardina cd Amary

Dziewczyna przemywała twarz chłopakowi. Wzrokiem śledził każdy jej ruch, jakby do końca nie ufał jej zamiarom. Obok niego przechadzał się ogromny tygrys, który powinien wywołać u niego poczucie strachu, a wywołał dziwny spokój.
- Nie musiałaś tego robić. - W końcu odezwał się bez krzty emocji w głosie. Widział po minie dziewczynie, że jest zdezorientowana przez jego ton. - Wiem, że ci pomogłem, ale to nie znaczy, że musisz teraz się nade mną litować. - Wzruszył ramionami, jakby jego los był mu obojętny. Może to wynika z tego, że nie raz miał złamany nos i nie raz z kimś się bił.
- Chciałam po prostu ci pomóc, w końcu przeze mnie jesteś w taki stanie. - Oznajmiła niezbyt pewnie.
- Spokojnie już nie raz tak wyglądałem, przyzwyczaiłem się. - westchnął cicho pod nosem. Wyjął z tylniej kieszeni fajkę i zapalił, zaciągając się dymem. - Jestem Hardin. - Z jego ust wydobył się dym papierosowy, wyciągnął dłoń w stronę dziewczyny. - A piękna niewiasta, którą obroniłem jak się nazwa?
- Amara. - Uścisnęła jego dłoń, a ja na jej buzi pojawił się delikatny uśmiech.
- Ładne imię. - Z jego ust wymsknęła się pochwała. Delikatnie dotknął dłonią swojego nosa. - Cóż chyba będę musiał jechać do szpitala, podwieźć cię gdzieś ?
- Będziesz kierował w takim stanie ? - Zapytała lekko zdezorientowana, a on jedynie kiwnął głową. - O nie! Co to, to nie! - Pomachała wskazującym palcem przed jego twarzą. - Jeszcze zasłabniesz i spowodujesz wypadek! Ja cię zawiozę. - Skrzyżowała swoje ręce na wysokości piersi, jakby to było już postanowione. Hardin zaśmiał się.
- A czy ty umiesz w ogóle prowadzić auto ? - ponownie się zaśmiał, ale po jej minie wiedział, że mówi poważnie. Podniósł ręce w geście kapitulacji. - Moje auto stoi na początku tej uliczki. Chodźmy szkoda czasu. - Oznajmił.
Na twarz Amary pojawił się uśmiech zwyciężczyni. W trójkę poszli do auta. Na tylnych siedzeniach rozłożył się tygrys. Amara zajęła miejsce kierowcy, a biedny Hardin miejsce pasażera, w jego własnym wozie nie on teraz dowodził.
- Tylko błagam, nie zarysuj ani nie spowoduj wypadku. - Mruknął niezadowolony. Jego dziecko w rękach innej osoby, to naprawdę mogło źle się skończyć. Dziewczyna zaśmiała się, gdy na niego spojrzała. Odpaliła auto i ruszyła z piskiem opon.

Amara?

(346 słów)

poniedziałek, 14 grudnia 2020

Od Annabell

Wędrowała przez korytarz przyciskając jedną ręką plik kartek do swojej piersi. W ogólnym hałasie ginął stukot jej obcasów, odbijający się od kafelek. Uśmiechała się do każdej mijanej osoby, starając się przy okazji na nikogo nie wpaść. Jej spojrzenie zatrzymało się na moment na grupce żartujących trzecioklasistów. Jeszcze parę lat temu sama była jak oni. Beztrosko planowała z przyjaciółmi wyjazd w góry, aby wspólnie ruszyć na podbój świata. Nie było dla nich żadnych ograniczeń, a przyszłość nie przerażała ich, dopóki byli w piątkę. Gdyby ktoś wtedy powiedział jej jak to wszystko się potoczy, nie uwierzyła by w to. Dalszy potok nadciągających myśli został powstrzymany przez dźwięk dzwonka. Weszła powoli do klasy, obdarzając uczniów siedzących w pomieszczeniu promiennym uśmiechem. W ciągu ostatniego miesiąca zdołała wyzbyć się zdenerwowania przed stawaniem na forum osób nie wiele młodszych od niej. Odniosła wrażenie, że uczniowie polubili ją i jej przedmiot. Zazwyczaj byli dość uważni i nie sprawiali większych problemów. A przynajmniej takich, z którymi sama by nie mogła sobie poradzić. Podeszła powolnym krokiem do biurka, na które odłożyła kartki wraz z torebką. Rozejrzała się po sali, po czym powiedziała:- No kochani... Gotowi, aby przelać swoje zdanie na temat rozmyślań Hamleta?
Zaraz po zadaniu tego pytania, po całej klasie przebiegł zgody jęk. W odpowiedzi usłyszeli jedynie, krótki melodyjny śmiech, po którym dało się słyszeć jedynie stukot obcasów, gdy Annabell ruszyła aby rozdać kartki. Doskonale pamiętała swoją nie chęć do pisania wypracowań sprzed lat. Często miała problem z oceną działania bohatera, ponieważ podchodziła do tematu od wielu aspektów, których często nie potrafiła ułożyć w jedną spójną ocenę, czy popiera jego działania, czy nie. Budziło to w niej ogromną irytację, ze względu na częsty brak czasu na rozpisanie wszystkich jej przemyśleń. Jeszcze gorzej było, gdy praca dotyczyła dzieła sztuki.
Anna uwielbia wszelkie obrazy, a jeszcze bardziej poszukiwania ukrytych przekazów zawartych niejednokrotnie w zwykłych kreskach. Niejednokrotnie zatrzymywała się przy dziele, pragnąc ze wszystkich sił poczuć, co towarzyszyło autorowi podczas tworzenia. Dodatkowo stanowiło to świetną odskocznię pozwalającą na oderwanie się od rzeczywistości.
Kobieta rozsiadła się za biurkiem, starając się zachować jak najciszej, aby nie rozpraszać twórczej atmosfery. Jej wzrok mimowolnie przejechał na okno, za którym swą energię roztaczało słońce. Nie zdawała sobie sprawy jak tęskniła za taką pogodą, dopóki nie wróciła. Ten czas w Nowym Jorku, okraszony byłby tak nie lubianym przez nią chłodem, a tu może cieszyć się świetną pogodą. I ludzie też od razu wydawali się weselsi. Północne miasto miało swoje uroki, jednak na pewno nie zaliczyłaby do nich ponurych ludzi. Oczywiście bywały od tego wyjątki, jednak tak nie wielkie to były przypadki, że nie zaważały nad wyraz nad osądem. Ostatni rok był dla niej naprawdę ciężki i często odbierał jej chęci działania lub podsuwał niechciane myśli. Tu jednak aż chciało jej się żyć! A z dnia na dzień coraz częściej wierzyła, że uda jej się uporządkować sprawy, których nie po domykała, a które przez sześć lat zaczęły być olbrzymią czarną dziurą. Stawiała na metodę małych kroczków, co jak na razie nie wychodziło jej najgorzej. Z rodziną zawsze jej się układało, więc jedyne co uległo zmianie to to, że częściej się widywali. Prawie co drugi weekend spędzała w rodzinnej posiadłości. Ten czas spędzała na słuchaniu opowieści babci lub narzekań mamy na ojca kobiety. Od czasu do czasu, widywała się z braćmi, którzy zaglądali do domu, gdy uciekali od własnych problemów. Czasem zostawała ze swoją bratanicą, która była niesamowicie czarującą istotką.
Gorszym tematem byli przyjaciele dziewczyny. Przez pierwsze dwa lata miała z nimi wciąż świetny kontakt, który niestety z roku na rok mocno słabł. Jedyną osobą, z którą zawsze miała kontakt była Sara. Wtedy dziewczyny były dla siebie jak siostry, zwierzały się sobie ze wszystkiego. No prawie wszystkiego, ale niektóre tajemnice lepiej zabrać ze sobą do grobu, ponieważ mogą zniszczyć nawet najsilniejsze relacje. A gdyby wyjawiła tę konkretną, straciłaby nie jedną, a dwie ważne dla niej osoby. Czas jednak okrutnie pokazał jej, że bywa bezlitosny i gdy w pewne popołudnie ponad dwa lata temu odebrała telefon, dowiedziała się, że mimo wszelkich naszych starań możemy kogoś stracić. I chociaż serce jej krwawiło, nie mogła wrócić na pogrzeb do rodzinnego miasta. Zostawiła ludzi, którzy jej wtedy potrzebowali, czego sama sobie nie mogła wybaczyć. Wtedy też całkowicie urwał jej się kontakt z przyjaciółmi. Dopiero z rok temu udało jej się ponownie przywrócić swój kontakt z Meg. Z resztą dziś czekało ją spotkanie z nią i z Jackiem, z którym również od niedawna się pojednała. Wszystko wracało do normy. Prawie, ponieważ w jej życiu wciąż brakowało jeszcze jednej ważnej osoby. Z myśli została ponownie wyrwana przez dzwonek. Zebrała prace, po czym energicznym krokiem ruszyła do pokoju nauczycielskiego. Zabrała potrzebne rzeczy i ruszyła szybko do wyjścia.
Zaraz po pracy miała spotkać się z dawnymi znajomymi w pobliskiej kawiarni. Stąd stwierdziła, że warto postawić na spacer, zamiast przejechać się ten nie tak daleki kawałek samochodem. Zdrowiej dla osoby i świata. Rozglądała się podziwiając miasto, w którym tak nie wiele się zmieniło, a wydawało jej się, że wszystko jest inne. Usłyszała dźwięk wiadomości, więc zaczęła przeszukiwania kieszeni, aby odnaleźć zaginione urządzenie. Spojrzała na telefon, na którym widniała wiadomość od Megan. Odblokowała ekran i przebiegła wzrokiem po krótkiej treści informującej o tym, że czekają na nią na miejscu. Niestety czytanie i jednoczesne chodzenie nigdy nie zwiastowały nic dobrego. Dziewczyna przez rozkojarzenie wpadła na kogoś i potrąciła go ramieniem. Szybkie i wręcz automatyczne przeprosiny zatrzymały się w jej gardle, gdy dostrzegła kim była ta osoba. Tak dobrze znane jej rysy twarzy, bardziej wyostrzone niż kilka lat temu. Ciemnobrązowe włosy były nieco krótsze, a dawniej tak ciepłe i roziskrzone spojrzenie było nadnaturalnie zimne.
- Xavier…? –Wyrwało jej się, podczas gdy stała wciąż z szeroko rozszerzonymi oczami.
- Annabell…
Mężczyzna stojący przed nią był równie mocno zaskoczony co ona. Stali naprzeciwko siebie w ciszy, po prostu patrząc się na siebie i układali sobie obecną sytuację. W końcu widzieli się pierwszy raz od sześciu lat. Ich kontakt urwał się całkowicie. Za co oboje byli winni po równo. Dziewczyna chciała powiedzieć naprawdę wiele, jednocześnie nie wiedząc od czego zacząć. Dowiedzieć się co u niego? Jak sobie radzi? Chciała powiedzieć mu, jak bardzo jej przykro z powodu Sary. I jednocześnie chciała przeprosić za to, że jej przy nim nie było, gdy tak jej potrzebował. Widziała w nim to zmęczenie skryte gdzieś głęboko w nim, ujawniające się głęboko w tak dobrze znanych jej oczach. Stwierdziła jednak, że to zdecydowanie zły moment na tego typu rozmowy. Jednak jakoś trzeba było rozwinąć wypowiedź, jeśli chciała spróbować odnowić znajomość.
- Hej… W życiu nie pomyślałabym, że wpadnę na ciebie przez przypadek na ulicy.
- A to przypadkiem nie ty głosiłaś, że przypadek nie istnieje –odparł spokojnym tonem.
Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko.
- Co tam u ciebie? Jakoś się żyje?
Xavier?

piątek, 11 grudnia 2020

Od Johnniego CD Vanyi

Od zawsze w życiu Johnniego było kilka stałych punktów. Takich, do których zawsze łatwo mu było się odnieść, gdy świat kręcił się za szybko, gdy suwak kolejnej walizki pękał pod naporem niezdarnie wciśniętych tam ubrań, gdy wieża obowiązków i omijanych jak ognia zadań łamała mu kark, gdy wszyscy wydawali się tak daleko, chociaż byli tak blisko. Lista zawsze była czymś świętym, niezwykle ważnym. Nic nie pojawiało się na niej ot, tak, i praktycznie nigdy nic z niej nie znikało. Przynajmniej nie bez powodu.
Od szesnastego roku było to mrowienie pod skórą, monotonny syk maszyny do tatuażu. Coś systematycznego, znanego, stałego. Może i osoby, które go tatuowały się zmieniały, każdy salon inny, obcy, ale akt był zawsze ten sam i może to właśnie działało na zszargane nerwy Johnniego jakoś tak kojąco. Bo zawsze wiedział, czego oczekiwać.
Potem pojawiła się Cleopatra, ciche tupanie miękkich łap na posadzce, wielkie oczy obserwujące go nawet w środku nocy, mruczenie wibrujące całym ciałem drobnej kocicy.
Jak tylko dołączył do Bestii, Valencía szybko wskoczyła się na listę. Bo od samego początku była przy nim, szepcząc komentarze o wszystkich członkach gangu, plotki i żarty rzucane między kolejnymi rozkazami z góry, po hiszpańsku, żeby nikt oprócz ich nie zrozumiał. Valencía działała na podobnych falach jak Johnny, wciąż działa, z mieszaniną podobnych wspomnień i przyzwyczajeń, z ciężkim akcentem i równie ciężką ręką na broni. Fakt, Johnny od zawsze szybko wiązał się z ludźmi i traktował ich jak rodzinę, więc nie dziwota, że Valencía prędko wskoczyła wysoko na piramidę potrzeb Baby. Tym bardziej że od zawsze byli tak do siebie podobni. Jak dwie krople wody.
Więc lista stałych punktów w życiu Johnniego była taka: tatuaże, Cleopatra, Valencía.
I teraz pojawił się kolejny.
Vanya.
Właśnie, nie Sucker, nie zarys, szkielet osoby chowający się za pseudonimem. Vanya (dokładnie Vanya Izaak Lazarev i przez chwilę Baby miał ochotę skomentować, jakie to zabawne, że oboje mają drugie imiona, w końcu to nie bardzo amerykańskie, prawda? Ale przecież Johnny nie jest takim stuprocentowym Amerykaninem i sądząc po nazwisku Vanyi, on sam też nim nie jest. Chyba. Baby nigdy nie był dobry z geografii), i nagle obraz tej postaci stał się w głowie Johnniego jakiś taki… pełniejszy. Bo w końcu nie każdemu mówi się swoje pełne imię tak o, bez powodu, prawda? Szczególnie, jak jest się członkiem jednego z największych gangów w stanie. I chociaż sam Baby nie przemyślał tego swojego odkrycia tożsamości, pojawiło się nagle (jak większość rzeczy, które miały związek z Johnnym), wydawało mu się, że to wszystko, w jakimś dziwnym sensie, wyszło na dobrze. Bo Vanya nie wydawał się taki otwarty i chętny na dzielenie się anegdotami z dzieciństwa, więc fakt, że zaufał Baby na tyle, by podać mu swoje prawdziwe dane… to było coś, prawda? Coś ważnego. Kamień milowy (A może po prostu mu było głupio, że Johnny został postrzelony i gadał jak nakręcony i Vanya czuł się winny, chciał wyrównać rachunki? Bo w końcu Baby wypluł praktycznie wszystkie informacje na swój temat, łącznie z adresem. Ale te myśli Johnny spycha na bok).
Johnny bez większego speszenia mógłby otwarcie przyznać, że wiele razy korciło go, by wygrzebać informacje o wspólnikach z gangu. Dowiedzieć się o ich życiu, co ich sprowadziło na drogę przestępczości. Czy mają rodzeństwo, o które musieli zadbać, czy wyrośli w jednej z tych wielopokoleniowych, dotkniętych biedą rodzin, może wiedli szczęśliwe życie, które po prostu im się znudziło? Ale niektóre granice pozostawały właśnie tym – granicami. Takimi stalowymi, z ciężkiego metalu, pod prądem. Takimi, których po prostu się nie przekracza. Dla zasady, dla czystego sumienia, dla krótszej spowiedzi przed kolejnymi świętami, dla zachowania jakiegoś tam kodu moralnego. Więc Johnny, z zasady, niektórych barier nie przekraczał. Ba, nie zbliżał się do nich, by nie być kuszonym wizją tych ukrytych informacji, tajemnic odkrytych tylko przed jego oczami. Bo ludziom należał się szacunek. Może nie wszystkim, ale należał się dużej większości. Vanyi włącznie. Jemu nawet bardziej niż innym.

czwartek, 10 grudnia 2020

Annabell Aurora Collins


Dane | Annabell Aurora Collins

Pseudonim | Oczywistymi są Ann lub Bella, a swoją opiekuńczością zasłużyła sobie na ksywkę Lutra (z łac. Wydra – uchodzi za opiekuna i ochronę rodziny). Nie wiele osób wie, że na drugie imię ma Aurora, więc tylko jedna osoba woła na nią od tego imienia Rora.
Płeć i orientacja | Wygląd zewnętrzny doskonale oddaje jej płeć czyli kobietę. Co do orientacji uznaje się za heteroseksualną.
Wiek | Ann liczy sobie już 26 lat.
Praca | Dziewczyna teoretycznie nie musi pracować, jednak postanowiła nie polegać całkowicie na pieniądzach rodziców. Zapewnili jej start, a zaraz po studiach zaczęła nauczać angielskiego w szkole średniej.
Klub motocyklowy i funkcja | Jest postronną.
Osobowość | Dziewczyna należy do grona niepoprawnych optymistów, chociaż niektórzy twierdzą nawet, że bardziej pasuje jej miano marzycielki. Nie do końca się z tym zgadza, twierdząc, że marzenia rzadko się spełniają, a świat nie jest i nigdy nie będzie idealny. Jednak do przeszkód na swojej drodze podchodzi z optymizmem. Stara się znaleźć plusy w każdej sytuacji, nie patrząc jak bardzo jest beznadziejna. Często występowała jako mediator w konfliktach czy to znajomych, czy rodziny. Spokojnie szuka rozwiązania, nie podejmując pochopnych decyzji. Bije od niej opanowanie i chłodna kalkulacja, w poszukiwanie kompromisu. Jednakże stonowana, czy też jakby to określiła nudna, jest tylko w obliczu problemów. Grono bliskich znajomych określa ją bardziej mianem „postrzeleńca”. Mimo że dziewczyna wygląda na spokojną osobę, zdecydowanie taka nie jest. W środku bije wulkan energii i spontaniczności. Potrafi rano obudzić się i podjąć decyzję o weekendowym wyjeździe do innego kraju, czy skoku na bungee. Idzie przez życie z myślą, że bez ryzyka nie ma zabawy. Jest odważna, jednak podchodzi do wszystkiego z rozsądkiem. Stąd mimo swoich nie raz dziwnych pomysłów, jak do tej pory obeszło się bez jakichkolwiek poważnych urazów. Nie raz wciągała w swoje plany znajomych (jednak częściej było to za czasów liceum), jednak samotna wędrówka jej nie przeszkadza. Odnajduje w tym świetną okazję do poznania kogoś nowego. Do człowieka podchodzi zawsze otwarcie nie widząc barier w postaci odmiennej kultury, koloru skóry czy jego przeszłości. Chętnie poznaje nowe zakątki Ziemi i ich mieszkańców. Z zachwytem przygląda się otaczającej ją naturze, niekiedy będąc oczarowaną możliwościami matki natury. Kieruje nią ogromna ciekawość świata, w czym pomaga jej otwartość i ogromna charyzma. Bijąca od niej pewność siebie jest efektem wieloletniej pracy nad nią. Do dziś jednak bywają sytuację, kiedy wychodzi z niej przestraszona szara myszka. Ma bardzo głęboko rozwiniętą wrażliwość, przez co nie potrafi obejść obojętnie wokół niektórych sytuacji. Czasem ma jednak dość melancholijne dni, kiedy potrafi przesiedzieć cały dzień z książką na kanapie w całkowitej powadze. Często te dni wynikają z problemów, które zaprzątają jej głowę. Ma bardzo silną więź z rodziną, która niesamowicie ją wspiera. Może zawsze na nich polegać czy chodzi o wsparcie psychiczne czy materialne. Jest oczkiem w głowie matki, jak i ojca. Nie została jednak przez nich rozpieszczona. Zna wartość pieniądza i potrafi nim gospodarować. Największym wzorem w rodzinie jest dla Ann jej babcia. To po niej przejęła pogodę ducha, ale i zadziorność. Właśnie starsza kobieta zaszczepiła w dziewczynie ciekawość świata i zamiłowanie do sztuki. Często jest również powierniczką jej sekretów czy niepokojów serca. Dziewczyna jest szczera i ceni sobie prawdę. Nie lubi kłamstwa, a jeszcze bardziej nie znosi być okłamywaną przez bliskich. Jest jednak w stanie zrozumieć motywacje i po pewnym czasie wybaczyć. Inaczej uważałaby się za hipokrytkę, kiedy samej zdarzy się jej kogoś okłamać i oczekiwać wybaczenia. Wie kiedy zachować powagę, jednak na co dzień jest typem żartownisia. Szczególnie w towarzystwie braci czy przyjaciół. Biegle posługuje się sarkazmem i dziarsko odpowiada na zaczepki. Jest lojalna wobec przyjaciół, lecz mimo bycia towarzyską trzeba zdobyć jej zaufanie, aby orzekła kogoś mianem przyjaciela. Nie jest to jednak prostą rzeczą, po fałszywych ludziach, którzy otaczali ją w czasach szkolnych. Stara się nie okazywać słabości publicznie, wiedząc że ktoś chętnie mógłby wykorzystać przeciw niej. Niekiedy łatwo ją zranić, jednak nie daje satysfakcji drugiej osobie pokazując to. Dostrzec mogą to osoby będące z nią w naprawdę bliskich relacjach. Jak już wspominałam, jest świetnym słuchaczem i doradcą, stąd jej przyjaciele wiedzą, że mogą się do niej zwrócić ze wszystkim. Mimo bycia względnie dobrą postacią, jeśli ktoś krzywdzi ważne dla niej osoby, nie ma dla niego litości.
Po paru nie udanych związkach doszła do śmiałych wniosków, że problem zawsze leżał w tym, że za szybko się zakochuje i przywiązuje. Udało jej się zniwelować chociaż trochę swoją nachalność i zwolnić tępo. Jest często nadopiekuńcza, ale nic nie może poradzić na to, że martwi się o drugą osobę. Od zawsze uważa, że w związku trzeba przede wszystkim być przyjaciółmi, a dopiero partnerami. Poderwanie dziewczyny jednak nie należy do prostych, gdyż komplementy jej wyglądu nie robią na niej wrażenia, dopiero w późniejszych etapach zwraca na nie uwagę. Bywa intrygantką, jednak potrafi postawić sobie granicę. Dodatkowo wie jak wykorzystać kobiece atuty, aby osiągnąć zamierzony cel. Chociaż nie wygląda niezła z niej prowokatorka. Jest otwarta na wszelkie nowe doświadczenia. Niestety bywa chorobliwie zazdrosna i wszczynać z tego powodu awantury, jednak stara się z tym walczyć.
Aparycja | Bella nie wyróżnia się jakoś nadzwyczajnie w tłumie ludzi. Zakłada to na co ma ochotę, jednak nie wybiera niesamowicie krzykliwych strojów. Lubi się ubierać elegancko, ale do pracy czy na wyjście do klubu. Zazwyczaj chodzi w jeansach lub spódnicy, dobierając do tego koszulkę z jakimś nadrukiem. W szafie znajdziemy wszystko od bluz po swetry, od szpilek do trekkingowych butów, które zabiera na wyprawy. Nie nosi za wiele biżuterii. Makijaż pojawia się u niej jedynie na imprezach lub kiedy na twarzy pojawiają się mocno widoczne niedoskonałości. Wzrost również nie jest jakiś nadzwyczajny, gdyż dziewczyna mierzy metr siedemdziesiąt trzy. Pofalowane blond włosy sięgają Ann trochę ponad linię ramiona. Pozostawia je zazwyczaj rozpuszczone lub związane w kucyk, a po domu towarzyszy jej niedbały koczek. Oczy w zależności od światła przybierają odcienie od błękitu do szarości. Tuż nad ustami po lewej stronie znajduje się mały pieprzyk. Uwagę może przykuć zarys obojczyków. Wieloletni kompleks dziewczyny w końcu osiągnął rozmiar 75E, dzięki czemu zyskała trochę pewności siebie. Mimo nie posiadania idealnej talii osy, jest ona według niej idealna. Na brzuchu można dostrzec lekki zarys mięśni wyrobionych podczas wspinaczek górskich i regularnych ćwiczeń. Nie za szerokie biodra, nie przysparzają dziewczynie problemów przy noszeniu obcisłych kreacji wyglądając dobrze. Kształtne pośladki, w dopasowanych strojach przykuwają wzrok. Ma nie za długie, jednak wciąż zgrabne nogi. Na nadgarstku posiada tatuaż obrysu głowy Myszki Mikie.
Rodzina i przyjaciele |
  • Marrie Collins- babcia dziewczyny. Wspaniała kobieta, będąca równie postrzelona co jej wnuczka. Powierniczka jej najgłębszych sekretów i jedyna osoba, która nie wacha się sprowadzić jej na ziemię. Mimo osiemdziesięciu dziewięciu lat jest naprawdę energiczną osobą, chętną na wszelkie wojaże, przez co musi być pilnowana przez resztę rodziny.
  • Edward Collins- piędziesięciosiedmioletni ojciec biznesmen. Mężczyzna o surowych zasadach, jednak nigdy nie był za srogi dla swoich dzieci. Dbał aby być obecnym w ich życiu i o ich edukację. Uczestniczył w rodzinnym życiu mimo napiętego grafiku i tak zostało do dziś.
  • Anna Collins- piędziesięciopięcioletnia matka, będąca strażniczką domowego ogniska. Czasem trudno jej znieść kolejne pomysły córki, jednak nie powstrzymuje jej wiedząc, że i tak zrobi co ze chce. Chce tylko jej sczęścia.
  • Chris Collins – trzydziesopięcioletni mężczyzna, będący najstarszym bratem dziewczyny. Najspokojniejszy z całej trójki. Ojciec pięcioletniej, przeuroczej dziewczynki Julie i mąż Eidth.
  • Alexy Collins- trzydziestoletni brat, zachowujący się czasem jak dziecko. Ma za sobą przeszłość kryminalną i przez niektórych (głownie wujostwo) uważany jest za czarną owcę rodu.
  • Xavier Ravenwood, Sara Moris, Megan Fallon i Jack Devis – dawna paczka przyjaciół, z którymi wyruszała w podróż. Znają się jeszcze od podstawówki, ale dopiero w ostatniej klasie szkoły średniej zaczęli się przyjaźnić. Po wyjeździe dziewczyny na studia kontakt trochę osłabł, ale całkowicie straciła go z Xavierem po śmierci Sary. Po powrocie odnowiła znajomość z Meg i Jackiem.
Partner/Zauroczenie | Brak
Pojazd | Chevrolet Corvette 
Zwierzak | Navi
Ciekawostki |
  • Od dziecka kocha jazdę konną, którą ćwiczyła z dziadkiem. Do dziś w wolnych chwilach jeździ do stajni za miastem.
  • Jej sposobami na spędzenie wolnego samotnego wieczoru są książki, filmy, seriale lub malarstwo.
  • Co już wcześniej parę razy padło jej największą pasją są podróże. I czy to zwykły wyjazd do miasta obok czy kraj na drugim końcu świata będzie to dla niej inspirująca podróż. Uwielbia w tym wszystko. Od planowania, po nie spodziewane wypadki po drodze i same wędrowanie w nieznane. Przez to narodziły się też kolejne pasje.
  • Jedna z nich to fotografia, która uwiecznia wszystkie wyjazdy na wypadek sklerozy.
  • To co lubi przywozić z wyjazdów to przepisy i tu kolejna pasja jaką jest gotowanie.
  • Studiowała zaocznie pielęgniarstwo, jednak stwierdziła, że chyba się do tego nie nadaje.
  • Zadawanie się z chłopakami przymusiło ją do poznania męskiego tematu jakim jest motoryzacja i budowa silnika. Stąd potrafi całkiem sporo napraw przeprowadzić sama.
  • Nie przepada z romantycznymi filmami i całą otoczką Walentynkową. Ogólnie uważa, że Walentynki są teraz jedynie komercyjnym szajsem.
  • Ma uczulenie pomarańcze.
  • Miewa ataki paniki.
  • Nie boi się pająków i horrorów.
  • Przez ostatnie sześć lat mieszkała w Nowy Jorku, a po powrocie tu zaczęła pracować w swojej dawnej szkole.
Autor | Syriusz Black




Towarzysz

Imię | Navi
Płeć | kotka
Rasa | Angora turecka
Opis | Bardzo spokojny i przyjacielski zwierzak. Chętnie bawi się i niestety uwielbia drapać meble. Największy przytulas, jak istniał. Jest raczej leniwa, lecz czasem zacznie wariować biegając po mieszkaniu. Ma bardzo rozwinięte instynkty łowcze, co zaspokaja polują na sznurówki domowników i gości.